Podczas ostatnich obchodów Święta Niepodległości okazało się, że tak naprawdę nie odnaleźliśmy nowego języka opisu Ojczyzny w erze tabletów. „Bracia Polacy” z Marszu Niepodległości w wielu punktach są nam bliscy, jeśli chodzi o miłość do kraju nad Wisłą. Jednak w formie nieraz dalecy. A chodzi nam o to, że zbyt głośno jakby manifestują swój afekt patriotyczny, zbyt mało jest w tym wszystkim niuansów, niedopowiedzeń, jak najbardziej odpowiednich właśnie dla Tajemnicy. Bo czym, jak nie Tajemnicą, na swój sposób szczególną, jest właśnie ów patriotyzm, przywiązanie do tego, co nam wspólne w czasie i przestrzeni, a przez innych zostawione. Przez tych, co odeszli, a byli całe wieki przed nami, stali na tym samym miejscu.
Uczestnicy Kolorowej Niepodległej są nam jeszcze dalsi, gdyż niedość że poetyka wrzasku, rozpadu jest ich głównym orężem, tak ich zapewnienia o jakiejkolwiek „miłości Ojczyzny” traktujemy z przymrużeniem oka. A raczej pewni jesteśmy, że gdyby nie tamci pierwsi, ci drudzy z kanap Nowego Wspaniałego Świata by nie wyruszyli na ulice Warszawy. Tak naprawdę omijamy ich szerokim łukiem, życząc w sumie wszystkiego najlepszego, czyli ciszy…
Intuicja potrzeby nowej "mowy ojczystej" pojawiała się w korespondencji między biskupem Życińskim a Herlingiem-Grudzińskim. To ten drugi wspominał o stylu wyciszonego patriotyzmu. Takiego, którego główną dominantą będzie skromność, prostota, niedopowiedzenie. Takiego, który odsyła do wewnętrznej gotowości jednostki, do czuwania w wielu przestrzeniach jej egzystencji. Ten język wyciszony jest potrzebny choćby dlatego, że dzisiaj przesyt wszelkim poetykami i antypoetykami domaga się resetu, również w obszarze mówienia o Ojczyźnie. Przeżywany przesyt komunikacyjny na wielu polach, tzw „crash attention”, rodzi potrzebę odnalezienia czegoś naprawdę nowego, czegoś, co właśnie może się zrodzić tylko w spokoju, w swoistym, wielowymiarowym odosobnieniu… Inna rzecz, że poetyka mówienia o Ojczyźnie kształtowana wedle takich wymogów wymyka się dekonstrukcjom wszelkich postmodernistycznych błaznów. Kto ogląda telewizję, słucha radia, czyta gazety domyśla się, o kim mówię.
A o czym mówię…? Weźmy na przykład obrazek celebrowania każdego 10. dnia miesiąca pamięci o katastrofie smoleńskiej. Owe przemarsze z pochodniami spod stołecznej Katedry pod Pałac Prezydencki. A potem modlitwy, różańce, śpiewy przemówienia…
Wyobraźmy sobie teraz ten sam przemarsz, ale… tylko np. z Jarosławem Kaczyńskim niosącym jedną, małą świeczkę, którą postawi potem na miejscu, gdzie stał krzyż. I teraz odjazd kamery w górę, ujęcie na to zgromadzenie i tę jedną, małą świeczkę. Cięcie… Ale zapomniałem – w telewizji przecież tego nie pokażą.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)