artur olędzki artur olędzki
260
BLOG

Z miłości do Ojczyzny - "próby" tłumaczenia się (po 3 maja).

artur olędzki artur olędzki Polityka Obserwuj notkę 1

Będzie patetycznie dla wielu teraz, ale jednak koniecznie dla autora. Na Pomniku Polskiego Państwa Podziemnego, koło Sejmu, widnieje napis: „Tobie Ojczyzno - Armia Krajowa“. Dziwne, a jednak taki napis, w takim miejscu, przypomniał mi inną frazę wypowiedzianą przed "rzeszą" Polaków w pewien wyborczy wieczór: „najważniejsza jest miłość”. Wiele zapewne rzeczy trzeba będzie po rządach obecnej ekipy budować na nowo w tym kraju, w tym również znaczenie w przestrzeni publicznej słowa: ”miłość”, której dowód nam panujący dawali przykładowo w reklamówkach o „strasznym, PiS – owskim ludzie”; nieubłaganie, z pasją i nienawiścią Jakuba Szeli, zmierzającym do urn. 

Dla człowieka „tropiącego Mesjasza“ słowo wspomniane jest wyrażeniem prymarnym dla dalszych rozważań. Bo z nim wiąże się wymóg oddania czegoś najcenniejszego dla drugiego (starodawne „poświęcenie“), a zarazem nakaz stosowania siły tylko dla koniecznej obrony. Bowiem ta siła, gdy wchodzi w nienawiść, zbrodnię lub też wyrachowane łamanie drugiego (np. w „grze wywiadów“), przepali w sumie najbardziej prawego bojownika w „imię wyższych ideałów“, budząc moralnego kaca (vide: napięcia społeczne w Izraelu). Trudno jak najbardziej uzgodnić słowo „miłość“ z niemoralnymi praktykami w obrębie państwa, owe podniosłe hołdy w czasie rocznic z jakimkolwiek „draństwem“ ludzi pozostających na jego służbie.
 
Dla wszystkich, co trwają w mesjanistyczno-romantycznych oczekiwaniach, które na swój specyficzny sposób stają się też jakoś bliższe i piszącemu, zwracamy uwagę na wymiar ziemski ich oczekiwań. Dopiero państwo konstruowane w „imię miłości“ od a do z; od służby zdrowia po właśnie grę parlamentarną, dyplomatyczną, czy nawet wywiadów, ma szanse być owym wymarzonym „Chrystusem narodów“. Oczywiście podczas zmagań dnia codziennego, albo też w chwilach bardzo ważnych, trudno nieraz o wierność takim „ideałom“. Jednak ostateczne zło zaczyna się chyba wtedy, gdy próbuje się uciec od świadomości, że tak wysokim wymaganiom się nie sprostało, w sytuacji np. tragicznej lub granicznej. Zresztą – utylitarnie rzecz ujmując: wierność na dłuższą metę dobru drugiego człowieka (tu - pojmowanego na sposób chrześcijański) wydaje się popłacać w wymiarze społecznym, ekonomicznym. Chociaż nie zawsze i zgrozą byłoby jednak być w ten sposób wiernym tylko dla tak utylitarnych potrzeb. 
 
Ta miłość do Ojczyzny wydaje się więc nade wszystko pamięcią i zobowiązaniem wobec tych, którzy pracowali, ginęli, a zostawili dla nas to, co najcenniejsze, i których wojskowi przyzywają jak najbardziej poważnie podczas Apelu Poległych, przez co potwierdzają ich istnienie razem z nami... Kontemplowanym ciągle tak często przez wielu Polaków (bo na pewno już nie przez wszystkich) pod właśnie krzyżami. I tak okazuje się, że ta miłość do Ojczyzny, jak każda prawdziwa miłość, mieści się w strumieniu miłości Bożej. Teraz już Polska ujawnia się nam, nie tylko jako formuła państwa, ale też jako przestrzeń zbawienia, jako droga dana człowiekowi do Boga.
 
Jest coś specyficznego w tym, że gdy zaczyna się mówić o „narodzie“, „Ojczyźnie“, to bardziej się to „czuje“ niż „wie“, niż chce się „ubrać“ w socjologiczne „izmy“, bo tak jakoś trudno naukowo tłumaczyć się właśnie... z miłości. Spostrzeżenie to odsyła nas zatem do przestrzeni człowieczego serca, owej najgłębiej skrytej, najświętszej sfery współistnienia człowieka z Bogiem. I jeżeli jakiś w radiu zapytany taksówkarz mówi, że nie idzie na wybory, bo patrzenie na polityków, na ich wyczyny za bardzo go boli w sercu, to jak najbardziej te nasze intuicje potwierdza. W ich świetle jaśniej można zrozumieć słowa kardynała Dziwisza, że patriotyzm to „Boża sprawa”, ale też i zrozumieć kosmpolityczne nastawienie lewicy czy też nacjonalistyczne aberracje. W tych ostatnich bowiem droga do narodu wiedzie niejako przez Boga; czyli odwrotnie, jak to się ma rzecz w „logice miłości“; w której do Boga idzie się przez naród. Tu naród jest na służbie u Boga, a nie Bóg na służbie narodu – co jest rzeczywistym pogaństwem; niezależnie od tego pod iloma krzyżami się wydarza.
 
A zatem w jakimś sensie łatwiej być patriotą człowiekowi wierzącemu, ale też znowu – łatwiej być z kolei patriotą niż „ortodoksyjnym katolikiem“, bo wiara w jakiekolwiek obcowanie zmarłych pozwala już poczuć zobowiązanie... ergo patriotyzm ma szansę się spełnić. Najważniejsze więc dla nas wszystkich, wierzących właśnie w jakiekolwiek obcowanie zmarłych, jest to, by nie dać się oderwać od tych grobów, od historii, od pamiątek, które tworzyli, trzymali ludzi nam bliscy. Nie dać się oderwać w imię czegokolwiek: Unii Eruopejskiej, tolerancji, globalizacji, obrony przed Chinami etc. Bo jeśli do tego dojdzie przerobią nas na „ludzkie zasoby” dla „międzynarodowych organizmów gospodarczych i politycznych”, i na niewiele więcej... A najbardziej paradoksalne jest to, że bez własnego, silnego przemysłu, stabilnego, wydajnego państwa o wiele trudniej będzie nam bronić tejże „polskiej duszy”, czymkolwiek ona jest, choć przecież już wiemy, że jest… cdn.
 
(Pierwotna wersja tekstu ukazała się w listopadzie 2011 roku).
 
 
To jest niepełna wersja blogu: www.pozamatrixem.pl

O autorze: zalogowany w korporacji The Roman Catholic Church, tropiący człowieka zwanego Mesjaszem, w stanach nagłych "łowca androidów"... ; mail: pozamatrixem.pl@gmail.com; Laureat nagrody Feniks 2011 w kategorii publicystyka religijna za książkę:"Ksiądz Jerzy Popiełuszko. Spotkania po latach.Wywiady." Cały blog „źródłowy“ - pod linkiem: www.pozamatrixem.pl strona na facebook.com: Poza Matrixem

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Polityka