0 obserwujących
9 notek
28k odsłon
2081 odsłon

Aktywiści przeciw mieszkańcom

Wykop Skomentuj

Ruchy miejskie wrosły na stałe w krajobraz Warszawy. Tworzący je „aktywiści miejscy” z początku byli zwykłymi mieszkańcami, którzy postanowili poświęcić swój czas dla ulepszenia naszego miasta. Niestety, coraz częściej „aktywiści” forsują swoje radykalne pomysły wbrew woli mieszkańców, na przykład domagając się zamknięcia dla ruchu samochodowego ulicy Ząbkowskiej czy zwężenia ul. Górczewskiej, mimo sprzeciwu mieszkańców okolicy. Jak nastąpiła ta zmiana? Dlaczego w przeciągu zaledwie paru lat „aktywista” z sympatycznego sąsiada zmienił się w oszołoma, hipstera z poczuciem wyższości, usiłującego uszczęśliwiać Warszawiaków na siłę zwężaniem ulic, masowym stawianiem słupków, zamykaniem ulic i systematycznym likwidowaniem miejsc parkingowych w imię swojego idee fixe? Jak „antysystemowcy” stali się częścią zwalczanego przez siebie systemu? Dlaczego organizacje niegdyś będące przedstawicielami mieszkańców, obecnie de facto zwróciły się przeciw nim?  

Ruchy miejskie wrosły w krajobraz Warszawy od roku 1998 i pierwszych protestów lobby rowerowego. Z początku łączyły one antysystemowo nastawionych Warszawiaków bez względu na poglądy. Idei buntu oddali się zarówno prawicowi etatyści, jak i lewicujący anarchiści. Łączyła ich chęć zwiększenia wpływu mieszkańców na politykę miasta, jak i domaganie się poprawy infrastruktury rowerowej. Oba te cele osiągnęli. Budżet Partycypacyjny umożliwił mieszkańcom bezpośredni wpływ na inwestycje w swojej okolicy. Od 1998 roku miasto wybudowało również wiele kilometrów ścieżek rowerowych. Niewątpliwe sukcesy aktywistów dostrzegli zarówno politycy, jak i pomysłodawcy akcji – od 2016 roku przestała jeździć kontrowersyjna „Masa krytyczna”, ogłaszając sukces swoich działań. Politycy rządzący miastem zaprosili aktywistów do współrządzenia, oferując im posady w administracji oraz ciałach doradczych. Umiarkowani działacze byli usatysfakcjonowani tym, co udało im się dokonać i w większości przestali się udzielać - co pociągnęło za sobą zwiększenie znaczenia radykałów – oszołomów o skrajnych poglądach, którzy wysunęli się na pierwszy plan. Odejście „centrum” oznaczało problemy dla tych aktywistów, którzy otrzymali posady w administracji. Muszą oni podtrzymywać działalność ruchów miejskich, w przeciwnym razie stracą siłę polityczną, która za nimi stoi – a razem z nią utracą stołki. Muszą stale dostarczać „paliwa” aktywistom – wynajdując problemy, zadania, a także... wrogów, których należy zwalczać.  

Wrogiem numer jeden zawsze pozostają kierowcy. Aktywiści z organizacji takich jak Zielone Mazowsze czy Miasto Jest Nasze propagują radykalną wizję miasta zupełnie pozbawionego samochodów. Aktywiści ci cechują się skrajnymi poglądami, bardziej radykalnymi od partii Razem czy Janusza Korwin-Mikke. Na grupach dyskusyjnych aktywistów kwitnie mowa nienawiści wobec kierowców – dla radykałów każdy kierowca to „truciciel”, zaś samochody nie są na tych grupach określane inaczej, niż jako „blachosmrody”. Posuwają się do dehumanizacji kierowców, choćby w swoim sztandarowym haśle "miasta są dla ludzi a nie dla samochodów". Celem inżynierii społecznej ruchów miejskich jest usunięcie ruchu samochodowego z Warszawy - mieszkańcy mają jeździć do pracy wyłącznie transportem zbiorowym, lub rowerem, tak jak życzą sobie tego aktywiści. Dążą oni do swojego celu poprzez bezmyślne i całkowicie bezrefleksyjne kopiowanie rozwiązań zachodnich. Nie biorą jednak pod uwagę, że rozwiązania które sprawdzają się w Amsterdamie (mieście wielkości 3 dzielnic Warszawy o łagodnym klimacie, gdzie cały rok wielu mieszkańców porusza się rowerem bez trudu, w przeciwieństwie do Warszawy), czy Brukseli (miasto o 8-krotnie mniejszej powierzchni niż Warszawa) niekoniecznie sprawdzą się w warunkach Warszawy. Na wzór zachodni zamykają lub zwężają ulice, nie biorąc pod uwagę, że w Warszawie nie ma rozwiniętej sieci metra, w którą mogliby się przesiąść kierowcy. Efektem są z roku na rok rosnące korki i coraz większy smog w całym mieście. Na wzór zachodni budowane są kilometry ścieżek rowerowych, które zimą świecą pustkami. Aktywiści domagają się wprowadzenia opłat za wjazd do centrum i rozszerzenie Strefy Płatnego Parkowania na kolejne dzielnice przy jednoczesnych drastycznych podwyżkach opłat za abonament. Słowem - chcą, aby Warszawiacy płacili ponad 300 zł rocznie za prawo do postawienia własnego auta pod własnym domem. Rząd Prawa i Sprawiedliwości pod naciskiem organizacji aktywistów zgodził się na podwyższenie opłat za parkowanie do 9 zł za godzinę w największych miastach Polski. Opłata będzie obowiązywać nawet w soboty.

To właśnie aktywiści wywalczyli zamknięcie dla ruchu samochodowego ulicy Ząbkowskiej w ramach festiwalu „Otwarta Ząbkowska”. Mimo iż wydarzenia festiwalu miały miejsce w weekendy, ulica została zamknięta także w tygodniu, powodując ogromne korki na ul. Brzeskiej i Kijowskiej. Decyzja spotkała się wśród mieszkańców z powszechną krytyką. Zdanie mieszkańców nie ma jednak znaczenia dla aktywistów. Po wypadku celebrytki Moniki G. 8 lipca 2018 r. aktywista stojący ze stroną „Targowa dla ludzi” zaczął domagać się całkowitego zamknięcia Ząbkowskiej dla samochodów. Władze Pragi Północ na skutek nacisków również opowiedziały się za stałym zamknięciem Ząbkowskiej. „Nasze komisje i rada dzielnicy wydały w tej sprawie stanowisko i uchwałę, żeby stało się to, gdy będzie gotowa cała Trasa Świętokrzyska” powiedział w wywiadzie dla TVN Warszawa burmistrz Wojciech Zabłocki (PiS).

Wykop Skomentuj
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale