Przeszło trzydzieści pięć lat temu po tamtej stronie żelaznej kurtyny wydano "Archipelag Gułag" Sołżenicyna , gazety a Rosji sowieckiej zachłystywały się wielkimi słowami o zdradzie, zaprzaństwie jednym słowem wszystko co najgorsze przypisano autorowi oczywiście pod niebiosa wychwalając własne osiągnięcia oraz oczywiście kolejny raz przypomniano od początku powtarzany frazes o wyższości władzy radzieckiej o miłości do narodu... itd. itp. bzdety.
Czy nie brzmi to jakoś znajomo czy nie macie wrażenia że od jakiegoś czasu słyszycie coś takiego niemal w każdym dzienniku.
Tak z pewnością nie mylicie się.
To język miłości zwolenników i polityków partii która nie uznaje poglądów innych. Dla uniknięcia pomyłki, tu raczej nie chodzi o inne poglądy bo inne poglądy oznaczają inne od własnych a ta partia poglądów nie ma ta partia ma PR i sondaże
Bo i po co poglądy? Żeby komuś przykopać wystarczy że ten ktoś jest. Natomiast poglądy zobowiązują do pewnej linii zachowań i w konfrontacji z sondażami mogą być niewygodne. Tak jak było z negocjowaniem „Tarczy” . najpierw byli przeciw potem okazało się że opinia publiczna jest „tarczy” przychylna więc na chybcika podpisali umowę. Odtrąbili zwycięstwo i umowa do szuflady. Co nam mówi o doraźności takiego działania? A to że umowa nigdy nie została przekazana do ratyfikacji.
Co nas o tym przekonuje? To, że w przypadku Sołżenicyna książka wydana na zachodzie a nie w Związku Radzieckim była jego krytykom zupełnie nieznana. Oni nie musieli jej znać. Im partia głosem jej przewodniczącego powiedziała czym jest ta książka. Więc robili to niesłychanie gorliwie i z wiarą w słuszność tego co robią. Ale byli przecież i tacy, którzy znając prawdę zaprzeczali jej z pełną świadomością i bez cienia wachania. W przypadku partii o której mówimy, to samo.
Tu przerwę bo ciągnięcie tego dalej nie ma sensu.
Szanowni Państwo, proszę nie traktować tego tekstu serio choć nie ma w nim przecież ani kłamstwa ani manipulacji. Poziom uogólnienia czyni go prawdziwym.
Dlaczego więc go napisałem?
Otóż tekst ten jest niemal lustrzanym odbiciem tekstu mojej ulubionej blogerki. Mógłbym po prostu przekopiować jej tekst dokonując naprawdę kosmetycznych zmian i to co ona przypisuje innym przypisać jej i jej partii.
I słowo daję że nie byłoby tam ani słowa kłamstwa. Choć ona z pewnością zarzuciła by mi kłamstwo, a w dodatku kradzież tekstu.
Stosowanie takiej metody czyni autora niewiarygodnym ale jej wystarczy kółko wyznawców cmokających nad wspaniałością jej tekstu i zadowolenie że znowu odkryła jakąś mroczną tajemnicę wrogów politycznych. Zupełnie jak ci radzieccy krytycy Sołżenicyna tylko kudy jej do ich umiejętności. Sam cynizm jak widać jej wystarczy a przy okazji można się ogrzać w blasku zaatakowanego.
Pozdrawiam,


Komentarze
Pokaż komentarze (1)