Katyń - 70 rocznica zbrodni
***
Mniej więcej w marcu 1940 r. wezwano nas do Moskwy. Ściągnięto nie tylko mnie. Wezwano jeszcze mojego zastępcę Wasilija Pawłowa i komendanta [służby wartowniczej zarządu NKWD] Andrieja Rubanowa. Nie wyjaśniono powodu wezwania. Pawłow, jak pamiętam, żartował po drodze - zaznaczył, że jedzie z własnym komendantem, a komendanci znani są z wykonywania wyroków.
Gdy przyjechaliśmy, od razu skierowano nas do Bogdana Kobułowa [zastępcy komisarza ludowego, czyli ministra spraw wewnętrznych]. Gdy weszliśmy, było tam na pewno ok. 15-20 ludzi. Nikogo nie znałem, oprócz samego Kobułowa. Kobułow wyjaśnił, że jest dyrektywa wyższej instancji - nie wymienił nazwy tej instancji. Później dowiedziałem się, że była to decyzja Biura Politycznego Wszechzwiązkowej Partii Komunistycznej (bolszewików).
Instruktaż był taki: "Zebraliśmy was po to, by powiedzieć, że zapadła decyzja rozstrzelania niektórych jeńców wojennych wziętych do niewoli w Polsce". Kobułow powiedział, że we wszystkich punktach [Katyniu pod Smoleńskiem, Charkowie i Kalininie] ma być rozstrzelanych ok. 14 tys. ludzi.
Kiedy usłyszałem o skali operacji, szczerze mówiąc, przestraszyłem się, chociaż nie jestem z bojaźliwych, w końcu wcześniej służyłem w wojskach pogranicznych. Zwróciłem się więc do Kobułowa: "Bogdanie Zacharowiczu, zwracam się z prośbą - zezwólcie mi pozostać po zakończeniu narady. Chcę z wami pomówić tete-a-tete". Kobułow odparł: "Dobrze, zostań". Zaczęliśmy rozmowę: "W takich operacjach nigdy w życiu nie uczestniczyłem. Gdy dowiedziałem się o skali operacji, tym bardziej się przestraszyłem, że nie potrafię tego zrobić". "A my i na was nie liczyliśmy" - rzucił szef ze złością. W istocie rzeczy oznajmił mi o mojej służbowej niekompetencji. "Zaprosiliśmy was dlatego, że te operacje będą przebiegały na terytorium waszego obwodu, więc bez pomocy waszych pracowników nie da się obejść. Toteż zaprosiliśmy was, żebyście wiedzieli, co się
dzieje".
Z Moskwy przysłali nam Wasilija Błochina [główny kat NKWD, patrz ramka poniżej], Nikołaja Siniegubowa, zastępcę szefa Głównego Zarządu Transportu NKWD, i Michaiła Kriwienkę, szefa sztabu wojsk konwojowych NKWD. Oni mieszkali w wagonie, który stał na stacji na ślepym torze. Tam spali, tam jedli. I korespondencję z listami przeznaczonych na rozstrzelanie można było do nich przesyłać przez nasz Zarząd, adresując mniej więcej tak: "Kalinin, Zarząd NKWD - dla Błochina".
Kriwienko z Zarządu Wojsk Konwojowych NKWD ściągnął na operację cały pociąg wagonów więziennych. Ich było chyba z osiem. W tych "wagonzakach" [skrót od "wagon" i "zakluczonnyj"- więzień] przewożono jeńców z Ostaszkowa do Kalinina, a w "awtozakach" [od "awto" - auto] przewożono ich ze stacji kolejowej Kalinin do więzienia NKWD. Z klasztoru na wyspie jeziora Seliger, w którym mieścił się obóz, do Ostaszkowa pędzono ich na piechotę.
W rozstrzeliwaniach uczestniczyło łącznie około 30 osób. To była grupa, którą stworzył Błochin. Nie podlegałem mu, lecz byłem zobowiązany udzielić mu pomocy w ludziach. Niektórych Błochin znał sam. Nikitę Suchariewa, mojego kierowcę, znał widocznie wcześniej. Kiedy miał z nim kontakty, nie wiem. Potem Suchariewa, poza premią w postaci dodatkowego wynagrodzenia miesięcznego, nagrodzono pistoletem TT, z którego sam później się zastrzelił.
Do celi, w której odbywały się rozstrzeliwania, nie wchodziłem. Tam technologia była wypracowana przez Błochina i komendanta naszego Zarządu NKWD Rubanowa. Oni obili wojłokiem drzwi wychodzące na korytarz, by nie było słychać strzałów w celach. Następnie wyprowadzali skazanych, tak będziemy o nich mówić, przez korytarz skręcali w lewo, gdzie była "czerwona świetlica" [pomieszczenie propagandowe z popiersiem Lenina, plakatami itp.].
W "czerwonej świetlicy" sprawdzali według listy - czy zgadzają się dane, czy nie ma żadnego błędu. Tak... A następnie, gdy już przekonali się, że to ten człowiek, który ma być rozstrzelany, niezwłocznie zakładali mu kajdanki i wprowadzali do celi, gdzie dokonywano rozstrzelania. Ściany celi też były obite materiałem dźwiękochłonnym. Wprowadzali do celi i strzelali w potylicę.
To było już w pierwszy dzień. Weszli do mnie we trzech: Siniegubow, Błochin, Kriwienko. Siedziałem w gabinecie. Cóż, pójdziemy? Pójdziemy. Tak więc poszliśmy. I wówczas zobaczyłem całą tę zgrozę. Błochin włożył swoją odzież specjalną: brązową skórzaną czapkę, długi skórzany brązowy fartuch, skórzane brązowe rękawice z mankietami powyżej łokci. Na mnie wywarło to ogromne wrażenie - zobaczyłem kata!
Błochin
nikogo nie przesłuchiwał. Pytał tylko: imię, nazwisko, patronimik - nie, oni nie mają imienia ojca - rok urodzenia, na jakim stanowisku pracował. To wszystko, więcej nic - cztery pytania. Po tym przepytaniu nakładali kajdanki i prowadzili dalej - na końcową stację.
Ja nie przepytywałem nikogo. Tylko jednego chłopaka. Wszedł i uśmiechał się. Tak chłopiec, zupełny chłopiec. Chyba był bez nakrycia głowy. Spytałem go: "Ile masz lat?". Powiedział: "18". "Gdzie pełnił służbę?". W straży granicznej. "Czym się zajmował?". Był telefonistą. "Ile pracował?". Zaczął liczyć po polsku - sześć miesięcy.
Cela śmierci, cóż - to był niewielki pokój. W niej były prycze do spania. Z tej celi było wyjście na podwórko. Tamtędy wyciągali zwłoki, ładowali na samochód i jechali. Tych samochodów było pięć-sześć. Były otwarte, ale z brezentem. Brezentem wszystko się nakrywało. Wiem o brezentach, bo w mojej obecności Błochin kazał je spalić.
Pierwszy raz rozstrzelali 300 ludzi za jedną noc. Ale rozstrzeliwanie kontynuowano już po wschodzie słońca. Słońce było na niebie. Tak zdecydowali. Wtedy Błochin zarządził, że tak być nie może. I rozkazał: "Więcej niż 250 jednego dnia nie przywozić". Kriwienko zaczął więc przywozić po 250 osób.
Zwłoki do samochodów przeciągali wszyscy uczestnicy tej operacji - głównie kierowcy i niektórzy strażnicy więzienni. Podciągali do wozu i wrzucali do skrzyni. W jednej ciężarówce mieściło się 25-30 zwłok. Wszystkie ciężarówki jeździły razem, jedną kolumną, żeby w razie czego sobie wzajemnie pomagać. Żadnej asysty nie było.
Gdy poruszyłem problem robotników potrzebnych do kopania grobów, wyśmiano mnie, że ja naiwny dziwak. Koparka potrzebna! Błochin przywiózł ze sobą dwóch operatorów koparki. Nazwisko jednego z nich pamiętam - Antonow. On był z Moskwy na etacie NKWD u Błochina. A samą koparkę znaleźli na miejscu, u nas w Kalininie.
Odwozili tam, a na miejscu już był Antonow i ten drugi operator koparki, nazwiska którego zapomniałem. Oni też brali udział - wyładowywali. Wywrotek przecież nie było. Każdego oddzielnie musiano wyrzucać. A później operatorzy zasypywali koparką.
Dołów w Miednoje było tyle, ile partii zwłok. To znaczy, każdy w przybliżeniu 250 ciał. Koparka - "komsomolec". Jej łyżka to trzy czwarte metra sześciennego. Kopali na głębokość mniej więcej trzech metrów. Rowy były długie mniej więcej na osiem-dziesięć metrów.
Cały nasz obwód był podzielony między członków Biura Obwodowego Komitetu Partii. Byłem członkiem Biura Obwodowego. Miałem siedem lub osiem podległych garnizonów. Szedłem do Komitetu po delegacje na szkolenia, potem umyślnie przeciągałem tam pobyt - zamiast jednego, trzy-cztery dni. Wracam, a "wesele" wciąż trwa.
Ciągnęło się to długo. Co prawda pracowali codziennie. Policzcie. Po 240 ludzi w dzień, a w sumie ponad sześć tysięcy. To trwało więc z miesiąc.
Polskich jeńców wojennych rozstrzeliwano z przywiezionych niemieckich waltherów. To dobrze wiem, bo z Moskwy przywieźli ich całą walizkę. Tym kierował sam Błochin. Rozdawał pistolety, a kiedy kończyła się "robota" - pistolety odbierano. Zabierał je sam Błochin.
Przed rozstrzelaniem i w trakcie egzekucji nikt nie pił. Tylko po. Tak, w pidżamie wypijali sobie i szli do domu spać. Im stale, obowiązkowo dawali spirytualia. Kupowali je skrzynkami. Tym wszystkim zarządzał Błochin.
A gdy już zakończyli tę całą brudną sprawę, to moskwianie urządzili w swoim wagonie-salonce coś w rodzaju bankietu. Natarczywie mnie zapraszali. Nie zgodziłem się, nie poszedłem.
Po wojnie przenieśli mnie do Tadżykistanu. Wówczas doradzono mi, żebym zabrał ze sobą Rubanowa i Suchariewa. Przysłali tych dwóch, ponieważ wiedziałem o tej operacji, żebym trzymał ich w rękach i nie paplali, i milczeli.
Samych egzekucji nie widziałem, ale to widowisko było najwidoczniej okropne, skoro Rubanow postradał zmysły. Pawłow, mój zastępca, zastrzelił się. Sam Błochin - zastrzelił się. Oto co to wszystko znaczy.
Mitrofan Syromiatnikow urodzony w 1908 r. był w 1940 r. strażnikiem specjalnego więzienia NKWD w Charkowie, gdzie wiosną tamtego roku rozstrzelano 3820 polskich jeńców z obozu w Starobielsku. W trakcie dochodzenia katyńskiego przesłuchiwano go kilkakrotnie, składał zeznania m.in. przed zastępcą polskiego prokuratora generalnego Stefanem Śnieżko.
Mniej więcej w maju 1940 r. do więzienia NKWD zaczęły napływać duże grupy polskich wojskowych. Z reguły byli to oficerowie armii polskiej i żandarmi. Jak nam wówczas wyjaśniono, Polacy ci zostali wzięci do niewoli przez Armię Czerwoną podczas wyzwalania przez nią w 1939 r. zachodnich obwodów Ukrainy i Białorusi. Do Charkowa przywożono ich koleją w specjalnych wagonach. Z Zarządu [okręgu] NKWD wyjeżdżały samochody, którymi przywożono Polaków do budynku więzienia. W tym czasie byłem starszym bloku więzienia i zdarzało się, że przyjmowałem Polaków i umieszczałem ich w celach. Z reguły w więzieniu przebywali oni krótko. Dzień-dwa, a czasem kilka godzin, po czym wprowadzano ich do piwnicy NKWD i rozstrzeliwano.
Wielokrotnie zdarzało mi się odprowadzać ich do piwnicy, gdzie widziałem, że wprowadzano ich grupami. W piwnicy znajdował się prokurator, kto, dokładnie nie pamiętam, oraz komendant [szef służby wartowniczej Zarządu NKWD w Charkowie] Timofiej Kuprij i kilka osób z komendantury. Kto personalnie rozstrzeliwał Polaków - o tym mi nie wiadomo.
Nie byłem w stanie patrzeć. Chciało się po prostu uciekać. Przyprowadzają ich strażnicy. Najpierw wiązali im ręce w celach i tak zabierali. Przyprowadzają na korytarz. Tam, przypuśćmy, ja i drugi strażnik stoimy z więźniem. Otwieramy drzwi: "Można?". Stamtąd: "Wejść!". Prokurator siedzi za stołem, obok komendant Kuprij. Pyta: "Nazwisko, imię, rok urodzenia, imię ojca". I mówi do nas: "Możecie iść". Wychodzimy. Tu od razu "bum". I już koniec. Koniec.
I zaraz on tylko krzyknął: "Ało!". Wtedy my we dwóch powinniśmy byli wskoczyć i zabrać ciało do oddzielnej celi. Potem, kiedy Niemcy podchodzili pod Charków, komendant Kuprij wysadził w powietrze tę celę, gdzie rozstrzeliwano.
Jeńcy rozbierali się, gdy wprowadzano ich tam do piwnicy, do prokuratora. Zdejmowali płaszcze, a także bluzy wojskowe lub koszule. Nakrycia głowy też zabierano. Zrobiono też takie zadaszenie, takie dorobione, gdzie wejście do piwnicy i gdzie ich rozstrzeliwano. Od góry zrobiono takie zadaszenie, pod które wjeżdżał samochód. Żeby podczas załadunku nie było widać z okien z góry.
Potem braliśmy płaszcze, czapki. Trzeba było przykrywać ich, owijać im czymś głowy, żeby nie krwawili. Owijaliśmy od razu po rozstrzelaniu. Dwóch brało i kładło na nosze, dwóch stało na samochodzie, a dwóch wynosiło nosze. Braliśmy ich stamtąd i układaliśmy na samochodzie na przemian: jednego głową w jedną stronę, a drugiego w przeciwną. I tak stopniowo do brzegu ładowaliśmy około 25 do 30 osób. Potem tymi płaszczami, co zostawały, przykrywaliśmy ich na tych samochodach z wierzchu.
Rozstrzeliwano z broni radzieckiej - rewolwerów marki Nagan. Podczas doprowadzania do piwnicy widziałem, że jeden z pracowników komendantury przeładowywał broń - obok niego na stoliku leżało około pięciu rewolwerów tej marki, z których wyjmował wystrzelane łuski i które ładował ostrymi nabojami.
Ciała wrzucano na ciężarówki i wywożono do parku leśnego - mniej więcej 200 m od szosy biełgorodzkiej, kilometr czy półtora od osiedla Piatichatki.
Teren był ogrodzony płotem i strzeżony. Zwłoki Polaków układano do dużych dołów, których było dwa lub trzy. Ciała przysypywano proszkiem koloru białego. Do czego potrzebny był proszek, nie wiem, wtedy wśród nas krążyły różne domysły, jakoby proszek ten sprzyjał rozkładaniu zwłok."
Fragmenty zeznań Syromiatnikowa i Tokariewa i pochodzą z pracy zbiorowej "Katyń. Dokumenty zbrodni" wydanej przez Naczelną Dyrekcję Archiwów Państwowych
----------------------------------------------------------------------------------------------
[Wiadomości powżej i poniżej zostały automatycznie połączone]
----------------------------------------------------------------------------------------------
http://www.rp.pl/artykul/457352.html
Większość Polaków wie, kto naciskał na spust w Katyniu, część zapewne słyszała o deportacjach w latach 1939 – 1941. Na tym jednak powszechna wiedza o zbrodniach sowieckich na narodzie polskim się kończy. Tymczasem bolszewicy mordowali Polaków od samego początku, czyli od puczu październikowego 1917 roku – i jeszcze długo po zakończeniu II wojny światowej.
Z okazji 70. rocznicy zbrodni katyńskiej grupa krakowskich historyków postanowiła zebrać w jednej publikacji zbrodnie sowieckie dokonane na Polakach. Całość, napisaną w wartki, przystępny sposób, opatrzyli licznymi zdjęciami, rysunkami i fragmentami wspomnień uczestników wydarzeń. “W cieniu czerwonej gwiazdy” jest pierwszym takim wydawnictwem w historii.
– Niestety, o ile Polacy wiedzą o zbrodniach Trzeciej Rzeszy, o tyle zbrodnie sowieckie nadal nie istnieją w powszechnej świadomości – mówi autor wstępu prof. Andrzej Nowak. – To oczywiście wina peerelowskiej cenzury, ale także zaniechań ostatnich 20 lat. Mam nadzieję, że “W cieniu czerwonej gwiazdy”, która skierowana jest nie do specjalistów, tylko do szerokiej rzeszy czytelników, wypełni tę lukę – dodaje.
W piekle rewolucji
Gdy tylko bolszewicy zagarnęli władzę w Rosji, na terenie całego kraju rozpętali czerwony terror. Jak przekonywał znany rewolucjonista Nikołaj Bucharin, “bez masowych represji i rozstrzeliwań nie zbudujemy komunizmu”. Włodzimierz Lenin wzywał zaś do “wytępienia wrogów”, których określał mianem “insektów, pcheł i pluskiew”. Powstały więc obozy koncentracyjne, a w kazamatach Czeka mordowano dziesiątki tysięcy ludzi. Na zagładę skazani zostali wszyscy, którzy nie pasowali do komunistycznej wizji idealnego społeczeństwa. Pech chciał, że Polacy – często zamożni, przywiązani do swoich tradycji i patriotyczni – znaleźli się na szczycie czarnej listy.
Bolszewicy zaczęli od ziemian. Polskie dwory i dworki, które znajdowały się na opanowanych przez nich terenach, puszczono z dymem. Spłonęły cenne biblioteki i dzieła sztuki. Zniszczono gniazda polskości na tych wysuniętych na wschód terenach. Ci ziemianie, którzy nie zdążyli uciec, zostali wymordowani.
“Książę [Roman Sanguszko] oparł się o mur. Wtedy jakiś żołdak zadał pierwszy cios księciu, który pochylił się na ziemię, rzekłszy tylko: “Już dosyć!”. I pogrążył się w modlitwie, nie przerywając jej pomimo dalszych uderzeń bagnetem i kolbą w piersi, w okolice serca, i głowę. Bez krzyku odsuwał lub wyciągał bagnety z ciała, od czego pociął sobie ręce. Jedną z nich ostrze przebiło na wylot” – relacjonuje jeden ze świadków.
Potem pod nóż poszła polska inteligencja w miastach, wreszcie żołnierze. Ci, którzy usiłowali się przedostać przez Murmańsk do Francji (rozstrzeliwano ich na osobisty rozkaz Trockiego), i ci, którzy wstępowali do polskich “kontrrewolucyjnych jednostek”. Na przykład 10,5 tysiąca żołnierzy Dywizji Syberyjskiej osadzono w łagrach.
Rok 1920
Apogeum zbrodniczej polityki wobec Polaków była wojna polsko-bolszewicka. Znowu zapłonęły dwory, w okupowanych miejscowościach Sowieci zaprowadzili terror. Sołdaci dokonywali grabieży i gwałcili kobiety. Bezcześcili kościoły, cerkwie i synagogi.
Tak wyglądała okupacja Tarnopola: “Ludzi prowadzono za miasto. Skazaniec musiał sam sobie kopać grób, po pas głęboki i stawał w nim wyprostowany, bo tak mu kazali ci krwawi satrapi. Strzelano kulami dum-dum zwyczajnie w tył głowy, tak że kula, eksplodując, rozrywała twarz i już po chwili nie można było poznać skazanego”.
W Płocku doszło do kampanii gwałtów. “Ofiarą czterech zwyrodnialców padła nawet półtoraroczna klacz, którą następnie zabili za to, że wierzgała nogami. Pijane bandy chodziły od domu do domu, szukając kobiet. “Gdzie k... y?” – wołali. Rzucali się na kobiety w obecności rodziny – mężów, matek, dzieci – terroryzując swoje ofiary i innych domowników bronią”.
Największym okrucieństwem bolszewicy wykazywali się wobec jeńców. Schwytanych żołnierzy często rozsiekiwali szablami lub poddawali torturom. “[W Płocku] po zlokalizowaniu strzelca, ściągnęli go, zaprowadzili na rynek i powiesili za nogi na gałęzi drzewa, następnie szablą rozpruli mu brzuch, wyciągając wnętrzności”.
Bić Polaków, ile wlezie!
Po odparciu przez Polskę napaści na terytorium sowieckim pozostało około 1,2 miliona Polaków. Ich los miał się okazać tragiczny. Choć na początku bolszewicy utworzyli dwa polskie autonomiczne regiony: Marchlewszczyznę (Ukraina) i Dzierżyńszczyznę (Białoruś), wkrótce się okazało, że Polacy nie dadzą się zsowietyzować.
Na początku lat 30. Polacy, podobnie jak ich ukraińscy sąsiedzi, padli ofiarą wywołanego przez bolszewików Wielkiego Głodu. “Dzieci najdłużej się męczyły. Dwuipółletnia Hanusia leżała pod ścianą na słomce i paluszkami wydłubywała ściany, jedząc glinę” – mówili świadkowie. – “To nawet było, że mama pojadła swoich dzieci. To już ludzie wariowali. Było, że mężowie żon swoich jedli”.
Kilka lat później oba polskie regiony zostały zlikwidowane. Ich mieszkańców zapakowano do bydlęcych wagonów i deportowano na Wschód. NKWD w innych częściach Związku przeprowadziła zaś “operację Polską”. Do więzień trafiły tysiące Polaków podejrzanych o “szpiegostwo”. “Trzeba bić Polaków, ile wlezie!” – instruował szef NKWD Nikołaj Jeżow. Ludzie ci byli na ogół mordowani strzałem w tył głowy.
Kolejnym celem agresji sowieckiego państwa byli polscy księża. Wsadzano ich do łagrów, torturowano i mordowano. Pozostawiane przez nich kościoły były zamieniane w magazyny na zboże, muzea ateizmu, a nawet katownie Czeka.
Do najkrwawszych sowieckich zbrodni na Polakach doszło w latach 1939 – 1945. Armia Czerwona już w trakcie napaści, 17 września 1939 roku, wykazała wielkie okrucieństwo. Znowu miały miejsce sceny, które Polacy zapamiętali z inwazji roku 1920. “W Grodnie wymordowano 130 uczniów i podchorążych, dobijano rannych i obrońców. 12-letniego Tadzika Jasińskiego przywiązano do czołgu” – mówili świadkowie.
Polskie Ziemie Wschodnie zostały wcielone do Związku Sowieckiego, a NKWD przystąpiło do ich sowietyzacji. Współpracując z gestapo, Sowieci dokonywali masowych mordów na członkach polskich elit. Kilkuset tysięcy obywateli Rzeczypospolitej zostało deportowanych na Wschód. Część trafiła na zesłanie, część wprost do łagrów “archipelagu Gułag”.
“Tadzio Karaś miał pięć lat, gdy z rodzicami jechał bydlęcym wagonem do Omska. Bardzo płakał, był chory i przerażony. Enkawudzista postanowił go zabić, żeby w wagonie było cicho. Zdesperowani rodzice bronili do upadłego swego dziecka. Bandyta w końcu zrezygnował, ale wyłamał dziecku rękę ze stawu barkowego i uczynił go kaleką na całe życie” – opisują autorzy “W cieniu czerwonej gwiazdy”.
W czasie gdy polscy cywile jechali na Syberię, w kilku miejscach Związku Sowieckiego NKWD na rozkaz Stalina przystąpiło do rozprawy z polskimi jeńcami. Oficerami i innymi przedstawicielami elit, którzy w przyszłości mogli stawić opór podczas sowietyzacji reszty Polski. Strzałem w tył głowy oprawcy zamordowali ponad 22 tysiące osób.
– Katyń jest ponurym symbolem wszystkich zbrodni sowieckich wobec Polaków – mówi jeden z autorów książki Maciej Korkuć. – I nie chodzi tu o liczbę zamordowanych, ale o to, kim byli. To była ścisła elita, warstwy przywódcze narodu, ludzie dla kraju bezcenni. W normalnej sytuacji na to, żeby ich wszystkich wyłapać i zabić, Sowieci potrzebowaliby lat – do – dodał.
Kolejną odsłoną polityki Moskwy wobec Polaków były wydarzenia, które nastąpiły po ataku Niemiec 22 czerwca 1941 roku. Sowieci uznali, że więźniowie przetrzymywani na polskich Kresach nie mogą dostać się w ręce Niemców. W więzieniach rozpoczęła się rzeź. Strażnicy ustawiali w drzwiach cel karabiny maszynowe, wrzucali do środka granaty i zamurowywali ludzi żywcem.
Część więźniów popędzono na Wschód w marszach śmierci. “Ustawiono nas w szeregi, otoczono żołnierzami NKWD i rozpoczęłyśmy ten marsz – wycieńczone, bose, w spadających z nas łachmanach. Wielokrotnie widziałam, jak konwojenci przebijali bagnetami leżących więźniów, strzelali w głowę upadających. Słychać było strzały i krzyki umierających”.
To, co się nie udało w 1920 roku, Sowieci zrealizowali w latach 1944 i 1945. Armia Czerwona zajęła wówczas całe terytorium Polski. To, co dziś władze w Moskwie nazywają “wyzwoleniem”, dla Polaków było początkiem nowej okupacji. Polskie Państwo Podziemne zostało rozbite, a pociągi pełne aresztowanych AK-owców ruszyły na Wschód. Więzienia i łagry znowu wypełniły się Polakami. Sowieci dokonywali pacyfikacji ludności cywilnej (np. obława augustowska), a w kazamatach NKWD mordowano “wrogów ludu”.
Tak wyglądały śledztwa prowadzone w Wilnie: “Przesłuchania miały swoją porę i metody, aby wymusić nie tylko to, co było, ale i to, co ewentualnie mogłoby być. Czasem, aby nastraszyć, szczuto psem wilkiem. Bito krzesłem, pałką, ręką czy też rękojeścią nagana. Bito wszędzie – tak, że nieraz aresztowany z przesłuchania wychodził dosłownie zmasakrowany. Nie zaniedbywano i takich metod jak bicie mężczyzn w członek”.
– Pisząc tę książkę, chcieliśmy wstrząsnąć czytelnikami. Ukazać im prawdziwą naturę komunizmu i Związku Sowieckiego, którego celem od początku do końca był podbój i ujarzmienie Polski, która była dla nich przeszkodą na drodze do światowej rewolucji – podkreśla Maciej Korkuć.
Na drodze tej Sowieci zamordowali setki tysięcy Polaków. Niestety, dziś często się o tym zapomina.
----------------------------------------------------------------------------------------------
[Wiadomości powżej i poniżej zostały automatycznie połączone]
----------------------------------------------------------------------------------------------
http://www.rp.pl/artykul/382072.html
„Warunki, w jakich znajdują się jeńcy, są b. ciężkie. Epidemii tyfusowej ulega obecnie 30 – 40 proc. jeńców, z których 20 proc. umiera. (...) Głód i chłód potęgują epidemię do rozmiarów zagrażających całej dywizji, jeżeli nie zostanie udzielona natychmiastowa pomoc” – alarmował polski wywiad w specjalnym raporcie sporządzonym 7 marca 1920 roku dla Ministerstwa Spraw Wojskowych w Warszawie.
Mowa jest w nim o żołnierzach polskiej 5. Dywizji, sformowanej z Polaków znajdujących się na Syberii. Dywizja 10 stycznia 1920 r. skapitulowała przed bolszewikami w pobliżu Krasnojarska.
– Czerwoni obiecali, że będą ich dobrze traktowali i żywili, że żadnemu z polskich żołnierzy nie stanie się krzywda. Gdy jednak Polacy złożyli broń, bolszewicy natychmiast złamali układ. Oficerowie zostali wtrąceni do więzienia i oddani w ręce bezwzględnych śledczych z Czerezwyczajki. Los szeregowych był niewiele lepszy – mówi dr Jan Wiśniewski, historyk zajmujący się dziejami 5. Dywizji.
„Przed wejściem do obozu przeprowadzono (...) po raz czwarty ścisłą rewizję. Tu ogołocono nas kompletnie z posiadanych dotychczas rzeczy (...) Odebrano wszelkie dokumenty osobiste, fotografie, pieniądze (...) pierścionki (nawet ślubne), zegarki, medalioniki, ubranie, bieliznę, brzytwy, scyzoryki, a nawet kawałki mydła, zapałki” – relacjonował zbiegły z obozu w Omsku oficer 5. Dywizji ppor. Antoni Gługiewicz. I dalej: „ W salach urządzono piętrowe nary, drewniane, zawszone i brudne. Przepełnienie w salach ogromne, np. w jednej stosunkowo małej sali mieściło się nas 180. Z powodu nieczyszczenia ustępów tak wewnątrz, jak i zewnątrz budynku panuje smród nie do zniesienia. (...) Wysyłano nas codziennie, nie wyłączając niedziel i świąt, do ciężkich robót pod silną eskortą żołnierzy. (...) Pracowaliśmy, czyszcząc ze śmieci i gnoju podwórze, nawet kanały i ustępy”.
Sadyzm strażników, katorżnicza praca i epidemie. „Raz na dzień, wrzątek (czasem i tego nie ma) na obiad tak zwana zupa, tj. woda gorąca i trochę ziemniaków, lub kaszy bez okrasy i 3/4 funta chleba na kolację. Przy tym wikcie pracowaliśmy po 9 – 10 godzin dziennie. Głód więc wśród naszych oficerów ogromny. (...) Ludzie często omdlewają przy robotach”.
Anty-Katyń
W 1990 roku, gdy wychodziły na jaw kolejne dokumenty dotyczące sowieckich zbrodni z okresu II wojny światowej dokonywanych na Polakach, ówczesny sowiecki przywódca Michaił Gorbaczow wydał polecenie znalezienia anty-Katynia, czyli wydarzenia z najnowszej historii relacji polsko-sowieckich, które obciążałoby stronę polską. Znaleziono szybko odpowiedni temat: los krasnoarmiejców, którzy w 1920 roku zmarli w polskiej niewoli. Od tego czasu za każdym razem, gdy we wzajemnych relacjach wypływa problem zbrodni katyńskiej, Rosjanie kontrują sprawą 16 – 18 tysięcy zmarłych w polskiej niewoli bolszewickich jeńców. Tak było chociażby podczas ostatniej batalii o historię, która toczyła się przy okazji obchodów 70. rocznicy wybuchu II wojny światowej.
Władimir Putin w tekście opublikowanym na łamach „Gazety Wyborczej” pisał: „Zarówno cmentarze pamięci Katyń i Miednoje, podobnie jak i tragiczne losy żołnierzy rosyjskich, którzy dostali się do niewoli podczas wojny 1920 roku, powinny się stać symbolem wspólnego żalu i wzajemnego przebaczenia”. Mniej więcej to samo powtórzył podczas późniejszego przemówienia wygłoszonego na Westerplatte.
Niestety, odpowiedź Polski na podobne zestawienia na ogół wpisuje się w scenariusz napisany w Moskwie. Nasi politycy starają się co prawda argumentować, że czym innym była śmierć z powodu panujących w obozach jenieckich epidemii, a czym innym zlecone przez władze państwowe wymordowanie elity narodu strzałem w tył czaszki. W gruncie rzeczy jednak się zgadzają, że w obu przypadkach mamy do czynienia z zawinioną, choć w różny sposób, śmiercią tysięcy żołnierzy. Wychodzi na to, że podczas wojny 1920 roku Polacy doprowadzili do śmierci krasnoarmiejców w obozach, a w 1940 roku to samo spotkało polskich jeńców z Ostaszkowa, Kozielska i Starobielska. Może to sprawiać wrażenie, że bilans win i krzywd jest wyrównany. Tymczasem zapomnieliśmy o tym, że podczas wojny 1920 roku w ręce Armii Czerwonej wpadło kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy WP. Los wielu z nich był tragiczny.
„Sami pozdychacie”
Panujące w brygadzie pracy przymusowej, w tajdze w pobliżu Jeniseju, makabryczne warunki opisał we wspomnieniach były jeniec Stanisław Bohdanowicz, żołnierz 5. Dywizji Syberyjskiej. Polacy, zanim dotarli na miejsce, zostali dotkliwie pobici kolbami.
„Po co was mamy rozstrzeliwać? Tam sami pozdychacie” – powiedział jeden z bolszewików, gdy wśród żołnierzy pojawiła się obawa, że zostaną zgładzeni.
Jak relacjonował Bohdanowicz, warunki w otoczonym drutami kolczastymi łagrze były straszliwe. Polscy żołnierze, podobnie jak oficerowie, zostali ograbieni ze wszystkich cenniejszych rzeczy, głodzono ich (dostawali tylko nędzną zupę gotowaną na mięsie chorych na nosaciznę koni), a w barakach szybko pojawił się tyfus. Chorzy i konający leżeli wśród zdrowych kolegów.
Żołnierze, którzy zachowali siły, zostali zmuszeni do makabrycznej, upokarzającej pracy. Relacjonuje Bohdanowicz: „Poprowadzono nas do magazynu, gdzie składano trupy. Musieliśmy ładować je na sanie. Zwłoki ludzkie leżały rzucone na kupę prawie pod sam dach. (...) Trzeba było po trupach wdrapywać się do góry. (...) Kilku z nas wlazło na górę i zaczęliśmy zrzucać trupy (...) Chwilami robiło się straszno, trupy wyginały się na wszystkie strony i czepiały się nawzajem rękami i nogami, jakby nie chciały z tego składu wychodzić”.
W bezimiennych, masowych grobach wylądowali też oficerowie Dywizji, którzy trafili do więzienia Czeka w Krasnojarsku. Zostali uznani za winnych „działalności kontrrewolucyjnej” lub innego „przestępstwa politycznego” i rozstrzelani. – Dla bolszewików z samej definicji oficerowie byli „wrogami ludu” i zasługiwali tylko na kulę w łeb. A jak jeszcze któryś walczył przeciwko nim w wojnie domowej, jego los był przypieczętowany – mówi Jan Wiśniewski.
Ocenia on, że bolszewickiej niewoli nie przeżyło około 4,5 tysiąca spośród około 10 tysięcy żołnierzy 5. Dywizji.
Śmierć za czystą bieliznę
W równie straszliwych warunkach w kilkudziesięciu obozach na terenie całej sowieckiej Rosji, także w jej europejskiej części, przetrzymywani byli Polacy, którzy dostali się do niewoli podczas wojny w 1920 roku. Oto kilka cytatów z dokumentów polskiego MSZ dotyczących sytuacji panującej w obozie Androniewskim w Moskwie: „Lokal stary, wilgotny, zanieczyszczony”, „sienniki stare, zużyte”, „pluskwy i zawszenie”. „złe odżywianie”, „wycieńczenie i szkorbut”. A to o obozie Rożdżestwieńskim: „rozmieszczenie strasznie ciasne, śpią na brudnej podłodze na łachmanach. Sienniki posiada niespełna 1/8 część więźniów. Boso chodzi 60 proc., w łapciach 30 proc.”.
Podobne relacje sporządzono o innych miejscach, w których przetrzymywano żołnierzy WP. Polscy dyplomaci, którym po zakończeniu działań wojennych pozwolono odwiedzić jeńców, byli zdruzgotani tym, co zobaczyli.
– Według moich obliczeń pobytu w tych obozach nie przeżyło co najmniej trzy tysiące polskich żołnierzy. To liczba znacznie mniejsza niż liczba bolszewików, którzy zmarli w polskich obozach. Trzeba jednak pamiętać, że Polska wzięła do niewoli znacznie więcej jeńców, bo około 85 tysięcy, nie licząc tych, którzy przeszli na naszą stronę, podczas gdy bolszewicy najwyżej trzydzieści parę tysięcy. Występowała tu więc różnica skali – tłumaczy prof. Zbigniew Karpus, który od lat bada losy jeńców wojny 1920 roku.
Dlaczego do bolszewickich obozów trafiło stosunkowo niewielu polskich żołnierzy, mimo że przed sierpniem 1920 roku Armia Czerwona odnosiła wielkie sukcesy? – Odpowiedź jest prosta: bolszewicy w wielu przypadkach natychmiast rąbali żołnierzy, którzy im się poddali. Mordowali ich na miejscu. Tych ludzi nigdy nie zarejestrowano jako jeńców i nie ma ich w żadnych ewidencjach. To były zbrodnie wojenne na masową skalę – podkreśla prof. Karpus.
Schemat był na ogół podobny. Od żołnierzy oddzielano oficerów, podoficerów i co inteligentniej wyglądających szeregowców, a następnie dokonywano egzekucji. Ponieważ oficerowie, wiedząc co ich czeka, często przed poddaniem się zdzierali dystynkcje, bolszewicy odróżniali ich „na oko”. Wystarczyło mieć gładkie, niespracowane ręce, okulary czy czystą bieliznę, aby zasłużyć na śmierć.
Mózg obok trupa
Oprawcy na ogół rozrąbywali schwytanych szablami: puszczali ich w pole i urządzali „polowanie na ludzi”. Czasami nabijali oficerów na pal lub, gdy było nieco więcej czasu, stosowali wymyślne tortury. Raport z 8 czerwca 1920 roku spod wsi Zamosze i Zawidno, gdzie walczył 32. Pułk Piechoty: „Po odparciu wroga i przywróceniu starych pozycji znaleziono [jeńców] z rozprutymi brzuchami, powyrywanymi wnętrznościami, porąbanymi czaszkami, pokłutymi pachwinami, poprzestrzeliwanych kulami dum-dum. (...) Mózg porąbany leżał obok trupa”.
Porucznik Pasternacki zginął, gdy dostał się do niewoli pod Śniadowem. Przed egzekucją bolszewicy obcięli mu język, uszy i nos. Podobne opisy przypominają to, co bolszewicy robili na frontach rosyjskiej wojny domowej. Okaleczanie genitaliów, ściąganie „rękawiczek” (zdzieranie skóry z dłoni po uprzednim oblaniu ich wrzątkiem), wbijanie gwoździ w ramiona w miejscu pagonów.
– Dla bolszewików konflikt z Polską był kolejnym frontem wojny rewolucyjnej. Oni chcieli zbolszewizować nasze państwo. Wprowadzić tu „komunistyczny raj”. Dlatego mordowali „wrogów ludu” i „przedstawicieli klas panujących”, tak samo jak u siebie. Nie bez powodu propaganda sowiecka mówiła wówczas o „biało-Polakach” czy „wojnie z pańską Polską”. Właśnie tą propagandą przesiąknięci byli żołnierze Armii Czerwonej, którzy dokonywali zbrodni – tłumaczy toruński historyk prof. Waldemar Rezmer.
Ogniomistrz Włodzimierz Garbowiak, który powrócił z sowieckiej niewoli w październiku 1920 roku, zeznawał: „[Z grupy jeńców] wywołali por. Grabowskiego. (...) zapytali się »ej, ty oficer?«. Na co por. Grabowski odpowiedział, że jest studentem (...) Komisarz wydał rozkaz skinieniem głowy, poczem dwaj kozacy stający z tyłu z obnażonymi szablami poczęli rąbać go. Po pierwszym uderzeniu szablami głowa została rozpołowiona na dwie części i po upływie kilku sekund por. Grabowskiego [po]rąbali na drobne części”. Tak zginęli niemal wszyscy oficerowie i podoficerowie oddziału ogniomistrza Garbowiaka.
Bolszewicka sztuka wojenna
Selekcji na oficerów i traktowanych nieco lepiej szeregowców nie zawsze jednak dokonywano. Znanych jest wiele przypadków, w których Sowieci wycinali w pień całe poddające się im oddziały. Szczególnym okrucieństwem wykazał się kawaleryjski korpus Gaj-Chana. Jego żołnierze wymordowali polskich jeńców w Lemanie, Chorzelach, Cichoszkach pod Kolnem i pod Mławą. Masowych zbrodni dokonała także 1. Armia Konna. – W Armii Czerwonej znajdowały się oddziały, które skupiały się głównie na mordowaniu jeńców i grabieżach. Ich członkowie unikali za to otwartej walki. Tak było w korpusie Gaja. Gdy kozacy szli do ataku, ci żołnierze leżeli w krzakach i krzyczeli: „Dawaj, dawaj!”. Wkraczali „do akcji” dopiero, gdy na polu bitwy zostali ranni i jeńcy – opowiada prof. Rezmer. Największym okrucieństwem wcale nie wykazywali się „dzicy Kozacy”, ale robotnicze oddziały ideowych komunistów.
Generał Lucjan Żeligowski, który przybył do Chorzel dzień po zakończeniu walk, wspominał: „Widok pola walki robił przykre wrażenie. Leżała wielka na nim ilość trupów. Byli to w większości nasi żołnierze, ale nie tyle ranni i zabici w czasie walk, ile pozabijani po walce. Całe długie szeregi trupów, w bieliźnie tylko i bez butów, leżały wzdłuż płotów i w pobliskich krzakach. Byli pokłuci szablami i bagnetami, mieli zmasakrowane twarze i powykłuwane oczy”.
Zamordowano tam kilkuset Polaków. Do podobnej zbrodni doszło również w Zadwórzu na przedpolach Lwowa, gdzie wymordowano 400 młodych ochotników broniących miasta, a także w Ostrołęce, Żytomierzu, Bystrykach i w wielu innych miejscowościach. Bolszewicy w bestialski sposób mordowali rannych z polowych szpitali wojskowych, których Polacy nie zdążyli ewakuować. Na przykład w Berdyczowie kawalerzyści Budionnego spalili żywcem 600 rannych Polaków wraz z opiekującymi się nimi siostrami. – Takich wydarzeń były setki. Polskie oddziały, gdy w sierpniu i we wrześniu 1920 roku odbijały tereny z rąk bolszewików, niemal wszędzie znajdowały masowe groby. Mordowanie jeńców było stałym elementem sztuki wojennej Armii Czerwonej. To samo powtórzyło się w 1944 i 1945 roku. Skala zjawiska była olbrzymia. Dziś trudno jest ustalić, ilu polskich żołnierzy w 1920 roku zginęło w tych masakrach. Liczba ta może sięgnąć nawet 20 tysięcy – uważa prof. Karpus.
Musieliśmy zjadać psy
Nawet jeżeli polscy jeńcy nie zostali zamordowani na polu bitwy, a następnie przetrwali straszliwe warunki panujące w obozach, nie oznaczało to wcale, że byli uratowani. Gdy po podpisaniu pokoju w Rydze bolszewicy zobowiązali się do ich zwolnienia, dla Polaków rozpoczął się kolejny koszmar. Całymi tygodniami, a ci, którzy byli przetrzymywani na Syberii, nawet miesiącami, podróżowali w bydlęcych wagonach do granicy. W wielu przypadkach władze bolszewickie nie przyznały im na cały ten czas żadnego prowiantu i opału. Podróżujący eszelonami, w ekstremalnych rosyjskich warunkach pogodowych, polscy żołnierze marli dziesiątkami. Zamarzali w nieopalanych wagonach, umierali na choroby – znowu zaczęła się epidemia tyfusu – lub po prostu z głodu. Wszystko to działo się już na progu wolności, często przed samą granicą Rzeczypospolitej.
Wspomniany Stanisław Bohdanowicz opisywał, jak doprowadzeni do rozpaczy Polacy pustoszyli stacje kolejowe, na których zatrzymywały się wiozące ich eszelony. Rozbierali na opał całe budynki kolejowe, płoty, a nawet kradli słupy telegraficzne. Polowali na psy, które następnie zarzynali i zjadali w wagonach. Bolszewicka eskorta, gdy złapała ich na kradzieży – stosowała karę śmierci. Wszystko to działo się pod koniec 1922 roku. Również droga do obozu jenieckiego, jaką polscy żołnierze pokonywali dwa lata wcześniej, często była gehenną. Relacjonuje ogniomistrz Garbowiak, który przez wiele dni był pędzony pieszo na wschód. „Nie otrzymując żadnego posiłku, ratowaliśmy się od głodowej śmierci [wyrywając] surowe kartofle, jak również i niedojrzałe owoce”. Kilkuset jeńców wojennych z tej grupy bolszewicy umieścili ostatecznie w więzieniu dla kryminalistów w Żytomierzu. Po kilkudziesięciu w niewielkich celach. Tam również nie dawano im jeść. Gdy już byli na krawędzi śmierci głodowej, komendant więzienia dał się przebłagać i zgodził się wreszcie na dostarczenie im jedzenia. Musieli to jednak zrobić we własnym zakresie miejscowi Polacy. Bolszewikom było obojętne, czy przeżyją.
Dlaczego milczą politycy
Jedynym odpowiednikiem dla śmierci bolszewickich żołnierzy w polskich obozach jenieckich w 1920 roku jest los polskich żołnierzy w niewoli bolszewickiej. I tylko te dwa wydarzenia można do siebie porównywać i je ze sobą zestawiać. Zbrodnia katyńska z 1940 roku, z którą Rosjanie zestawiają śmierć swoich jeńców, nie ma z tym nic wspólnego.
Szczególnie że w 1920 roku strona sowiecka traktowała jeńców gorzej niż strona polska – uważa prof. Zbigniew Karpus.
To, że Rosjanom jest nie na rękę mówienie o tej sprawie, jest oczywiste. Dlaczego jednak polscy politycy nie przypominają o losie naszych jeńców za każdym razem, gdy Rosjanie zarzucają nam nieludzkie traktowanie ich żołnierzy? – Prawdopodobnie po prostu o tym nie wiedzą. Jest to o tyle dziwne, że wśród polskich przywódców jest wielu historyków. Najwyraźniej wojna 1920 roku nie jest ich specjalizacją – podkreślił historyk.
Według niego milczenie polskich polityków na temat bolszewickich zbrodni wojennych z 1920 roku to poważny błąd.
– Być może nie wynika to jednak z braku wiedzy, ale po prostu z niechęci do wyciągania kolejnych krzywd. Wiele osób w Polsce uważa, że nie ma sensu prowadzić polityki historycznej. Że może lepiej siedzieć cicho i nie drażnić Rosjan. Problem w tym, że przez wiele lat w stosunkach polsko-rosyjskich siedzieliśmy cicho i wiele nam to nie pomogło. Siła polskiego głosu nie wzrosła, a Rosjanie stawali się coraz bardziej śmiali w wypaczaniu prawdy historycznej – uważa prof. Karpus. Podobnego zdania jest dr Jan Wiśniewski. – Obawiam się, że nasze władze państwowe nie do końca zdają sobie sprawę, że podczas wojny 1920 roku nie tylko my braliśmy jeńców. Że również polscy żołnierze dostawali się do niewoli, w której spotkali się z nieprawdopodobnym okrucieństwem. Niestety, często badania i ustalenia historyków nie wychodzą poza mury instytucji naukowych, nie przebijają się do świata wielkiej polityki. Mam jednak nadzieję, że to się zmieni i Polska przypomni sobie o swoich zapomnianych jeńcach – podkreślił historyk.
Je ne suis pas d'accord avec ce que vous dites, mais je me battrai jusqu'au bout pour que vous puissiez le dire.
Dla zwycięscy III edycji liczymy funduje oryginalnie zapakowaną płytę Day by Day Rastasize
http://merlin.pl/Day-by-Day_Rastasiz.../4,686103.html
http://dervish.wsisiz.edu.pl/~sowinskg/Susz/showthread.php?p=37200


Komentarze
Pokaż komentarze (2)