183 obserwujących
639 notek
1015k odsłon
922 odsłony

PECHOWY LIDER TUSK

Wykop Skomentuj10

 

W kwietniu szef doradców premiera Michał Boni zapowiedział, że sam Donald Tusk zostanie liderem programu.
Środa rano. Siadam do pisania artykułu. Mam tytuł. „Dlaczego Kaczyński?” Za dziesięć dni wybory. Wczoraj wieczorem przeczytałem jego stare wywiady, w tym bardzo długi z Teresą Torańską. Widzę, jak dobrze wówczas diagnozował sytuację.  Zajrzałem do swoich starych tekstów, po prostu porządkowałem myśli.
Przykładowo – porównywałem skuteczność dwóch polityków podobnego formatu i przez wiele lat gabinetowych - Jarosława Kaczyńskiego oraz Bronisława Geremka. Geremek poniósł klęskę. Unia Wolności i jej środowisko jest przecież politycznym trupem. Nie pozostawiło po sobie żadnej idei, żadnego pomysłu na Polskę. Pogrobowcy muszą się ciągle podczepiać – a to pod Komorowskiego czy Tuska, ostatnio próbują wykorzystywać Palikota. Samodzielnie nie tworzą ciała politycznego, ale wpływy pozostały.
Jarosław Kaczyński również wielokrotnie pokrzyżował plany Adama Michnika. Przecież nienawiść redaktora Wyborczej, to nie tylko zwykła obsesja, usterka charakteru, przecież ma swoje przyczyny i źródło.  
Pomazaniec Michnika
Przykład? Kilka lat temu w krótkim wpisie na blogu zatytułowanym „Wielkie dzieło Adama Michnika zakończyło się klapą” cytowałem notatkę z „Dziennika” Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Zobaczył w akcji Michnika wiosną 1989 roku, tuż po okrągłym stole, gdy objeżdżał Polskę w glorii niezłomnego więźnia komunistów i arcyfechmistrza polityki polskiej. Obwoził po kraju swego prywatnego pomazańca. Występował z nim publicznie w aulach uniwersyteckich i dyskutował z nim, jako z tym, z kim chce budować nową niekomunistyczną Polskę.
I Herling pisze: „Tym pomazańcem był dobrze w Polsce znany młody aparatczyk, symbol pezetpeerowskiego oportunizmu, Aleksander Kwaśniewski” i przypomina, że minister z rządu Rakowskiego był dobrze znany z buty i pyszałkowatości oraz z cynizmu i bezwzględności, gdy na początku lat osiemdziesiątych weryfikował w imieniu WRON-y dziennikarzy. Ale w 1989 roku był dla Michnika już „Olkiem”. Przez następne miesiące Michnik już na łamach „Gazety Wyborczej” obwieszczał, że przyszłość Polski zależy wyłącznie od porozumienia „światłych komunistów” (Rakowski + Jaruzelski) i „zdrowego nurtu” Solidarności, czyli ekipy okrągłostołowej.
Tyle Herling, ja przypomnę, że do unii światłych komunistów z obecnym środowiskiem Czerskiej nie doszło, gdyż miłosny uścisk rozerwał właśnie Kaczyński. A kilka dni temu czytam w Wyborczej podle napisany tekst tegoż Michnika, „komu nie należy wierzyć”. Jeżeli Piotr Zaremba, słynący z łagodności w słowie pisanym i mówionym orzekł, ze Michnik brzydko się starzeje? Jeżeli dodał, że tekstu Michnika napisanego w rytmie oskarżycielsko-propagandowym, nie powstydziłby się „Krótki kurs WKP (b)” – to cóż mogę napisać ja, skoro artykuły redaktora naczelnego GW od dawna wzbudzają odrazę wielu blogerów?
Ale dlaczego moje rozważania przedwyborcze „Dlaczego Kaczyński” będą za tydzień, tuż przed ciszą wyborczą? Otóż rano nieopatrznie zajrzałem na internetową stronę „Gazety Wyborczej” i wyjaśniam, dlaczego pechowemu Tuskowi nie należy wierzyć.
Sześciolatki z laptopem na ławce
W leadzie artykułu „Laptopy kupią rodzice, podręczniki będą za darmo” przeczytałem, że program „Laptop dla ucznia" rząd zamienił najpierw na „Cyfrową klasę", a teraz na „E-podręcznik". Pociesza się czytelnika (raczej tumani), że podręcznik będzie  darmowy dla rodziców. 
Krótka kronika. W marcu tego roku rząd planował kupować laptopy dla pierwszaków z podstawówek. Według projektu Ministerstwa Infrastruktury już we wrześniu każdy pierwszoklasista miał dostać komputer na własność. W roczniku jest ok. 350 tys. dzieci i „Wyborcza” obwieszczała triumfalnie – „Za miliard złotych rząd planuje znowu kupować netbooki dla uczniów. Tym razem dla pierwszaków z podstawówek, a nie z gimnazjów”.
Dlaczego nie pierwszaków z gimnazjów? Kolejne przypomnienie jest niezbędne. Już raz, w maju 2008 roku premier Donald Tusk zapowiadał "informatyczną rewolucję w szkołach" - czyli komputer dla każdego gimnazjalisty. Powstał zespół, przeszkolono nauczycieli, ale na komputery zabrakło już pieniędzy.
I co mam uczynić? Umrzeć ze śmiechu?
Zanim umrę zreferuję zamysły Platformy Obywatelskiej tak jak są widziane spoglądając na nie z rewirów Czerskiej. W marcu, a więc zaledwie pół roku temu, rząd roztoczył – przed wyborcami, to moje uzupełnienie - taką oto wizję. Ala idzie do szkoły, a w plecaku zamiast książek niesie w prezencie od państwa netbooka. W kwietniu minister Boni zapowiedział, że sam Donald Tusk zostanie liderem programu i już od września 2011 r. miał się zacząć pilotaż w szkołach. Podkreślę - jeszcze w marcu komputer był na własność, a już w kwietniu nie było o tym mowy – był pilotaż.
I redaktorka Wyborczej – sama z siebie, no chyba, że czyta w myślach naczelnego - tłumaczy klapę (moja ocena) rządowych planów. Otóż, zaczęły się dyskusje w dwóch grupach ekspertów, i eksperci zaczęli się głowić jak wprowadzić program. W pierwszym zespole dominował pomysł - laptop dla pierwszoklasisty, a drugim spec-zespole - lepiej dać czwartoklasistom oraz nauczycielom. Dylemat – pierwszakom czy czwartakom.
Tymczasem rząd poprzez MEN zaczął naciskać - wyposażać w komputery szkoły, nie uczniów. Co wygrało? Dziennikarka GW pisze, że wygrała koncepcja e-klasy, w tym, laptopy dla uczniów, choć nie zdecydowano, czy dla każdego, czy np. jeden na dwóch. Uśmiecham się czytając, że wiceminister infrastruktury w ten sposób chciała „podnieść kompetencje cyfrowe najmłodszych Polaków”.
Wystarczy wyjrzeć przesz okno pani minister. Dzisiaj nie widać dziewczynek ze skakankami, czy grających w klasy albo wiszących – dosłownie wiszących - na trzepaku. Nie zobaczy pani chłopców ganiających za piłką, czy grających w palanta. Młode pokolenie już nie wie, co to palant, wie „kto to palant” , ale cyfrowo jest świetnie obcykane.
Dzisiaj każde dziecko ma w ręku komórkę i – nie mam najmniejszych wątpliwości – prawie każdy pierwszak mógłby panią minister nauczyć obsługi tejże komórki, nauczyć zmieniania dzwonka, zmieniania esemesem oferowanej przez sieć „usługi”, a czwartak sprawiłby, że ministerialna ręka przestałaby drżeć, gdy wciska przycisk zasilania komputera. Takie czasy.
Z tym, że komórkę kupuje się za złotówkę w sieci, i spłaca w ratach – a na komputer po prostu nie ma pieniędzy. Na marginesie. Jaką katastrofą dla oczu i stanu wzroku pierwszoklasistów (sześcio, czy siedmiolatków pani minister Hall?) byłyby fatalnej jakości ekrany tanich komputerów? Co o tym projekcie sądzą szkolni okuliści? Pytał ktoś?
A jak wyobrazić sobie lekcję z dwudziestką płaczących sześciolatków, niemogących poradzić sobie z komputerem? Istne horrendum pedagogiczne. Cóż na tych laptopach miałyby nasze pociechy robić? Nie potrafiąc czytać miałyby rysować szlaczki i je drukować?
Pechowy lider
Wracając do programu pechowego lidera Tuska – „laptop dla ucznia”. Co nastąpiło potem? Oczywiście badania. Czytam, że eksperci i rząd zaczęli badać ilu uczniów ma w domu dostęp do Internetu. Ale już w lipcu wszystko się sypnęło. Cóż się stało? Po prostu w międzyczasie się okazało, że na laptopy nie ma pieniędzy. Dla pełniejszego obrazu dodam, że pieniądze miały iść z opłat, które wpływają do budżetu od operatorów komórkowych. Można kolejny raz się uśmiechnąć. I pomyśleć, że Tuskowi zawsze wiatr wieje prosto w twarz.
Już, już wprowadzał reformę …  natrafiał na prezydenckie weto. Walczył z biurokracją, a tymczasem wraże siły za biurkami usadziły mu kolejne sto tysięcy urzędników. Prawie uratował stocznie i tysiące miejsc pracy, ale Katarczycy na wielbłądach nie przybyli. Tusk buduje Polakom autostrady, zawalili Chińczycy. Perfekcyjnie przygotowaną komercjalizację opozycja nazywa prywatyzacją, a Tuska prywatyzację nazywa wyprzedażą majątku narodowego. A powodzie i gradobicia i burze i kryzys na świecie? Premier ma pod górkę. Ma pecha. Ale czy stać nas na takiego pechowca o ksywce „nic nie mogę”?  
Wracam do artykułu w GW - redaktorka organu Michnika nie poddaje się (może ironizuje, czy nie daj Boże kpi) pisząc, że „Program min. Boniego miał być gotowy do końca sierpnia, dziś minister mówi nam, że będzie gotowy w listopadzie - tak żeby można go było wdrożyć od stycznia”. Czy można umrzeć ze śmiechu wyobrażając sobie czytelnika Gazety Wyborczej kupującego tę wyborczą narrację?
Ale to w dalszym ciągu nie koniec przygód lidera Donalda Tuska z laptopami.
W międzyczasie minister edukacji Katarzyna Hall napisała rozporządzenie, które zobliguje wydawców podręczników do wydawania książek w wersji papierowej i elektronicznej równocześnie. Nie wiadomo tylko, czy gazetowe sfomułowanie „minister napisała” oznacza, że rozporządzenie obowiązuje, czy tylko to, że napisała, ale trzyma je w szufladzie.
Ale to jeszcze nie koniec perypetii premiera. Czytam dalej, że wszystko wskazuje na to, że tę wersję przyjmuje również Boni. Już nie mówi o e-klasie, ale o e-podręcznikach. Podkreśla zarazem, że to wszystko nie zdarzy się od razu. To program na dwa albo trzy lata.
Czy cztery lata rządów premiera Tuska właśnie tak nie wyglądają? W ubiegłym tygodniu pisałem o księżycowych obiecankach, a dzisiaj sam redaktor Michnik daje mi do ręki doskonałą egzemplifikację tych obiecanek. Przecież nie da się przemilczeć braku 350 tysięcy laptopów w tornistrach obiecanych w marcu.
Jeżeli ktoś nie mógł sobie wyobrazić gruszki na wierzbie, nie widział na własne oczy kiełbasy wyborczej, to na swoim własnym komputerze może wpisać „laptop” i cóż zobaczy? W ciapki i kwiatki, ekologiczny, a także następnej generacji – np. zwijany w rulonik, różowy jak wdzianko Dody, a może być tęczowy jak myśli Kalisza.
Nie odbieram dobrych chęci premierowi, zapewne chciałby wręczyć nie tylko laptop, ale i bułkę z masłem każdemu uczniowi, i kiełbaskę, ale jego rządy, to amatorszczyzna. Po prostu premier Tusk oblewa egzamin jeden za drugim. Kroczy od klęski do klęski. Wciąż buduje.
Czy czytelników GW nie zastanawia, że nie usłyszy – zreformowałem, wdrożyłem, zbudowałem, ułatwiłem, czy też - uprzyjemniłem wizytę w okienku, a widzi, że program PO sprowadza się do jednego …. cudu - załatwię w Europie 300 miliardów złotych. I co?
Lizus
Wierny Tomaszu z telewizji publicznej, co ty na to? Co z tym państwem Tuska w budowie? W poniedziałek popularny redaktor zwany Lizem w programie zatytułowanym „Tomasz Lis na żywo” zastanawiał się, czy wyborcy boją się Jarosława Kaczyńskiego. Głowił się, czy nadchodzące wybory nie będą referendum nad Jarosławem Kaczyńskim. Interesowała go wiarygodność Kaczyńskiego.
W pierwszej części programu – można na moje obliczenia się powoływać – nazwisko Kaczyński padło 29 razy, a Tusk zaledwie dziewięć. Nazwisko Kaczyński padało w kontekście pejoratywnym, a Tusk w obojętnym albo pozytywnym.
W drugiej części programu w rozmowie z Wałęsą Lis dopytywał, czy głosowanie na PiS nie byłoby nieroztropne – spuszczam zasłonę milczenia, cóż wydusił z siebie były prezydent. Odnotuję tylko – że nazwisko Kaczyński padło około dziesięciu razy, a Tusk może raz.
Czy w Polsce od czterech lat rządzi opozycja i to ona buduje?
Ale, „dlaczego Kaczyński” i tylko PiS, o tym za tydzień. A redaktor Michnik nie ujawnił, głosować na Tuska czy Palikota. Rozum mu podpowiada zapewne Tusk, ale serce Palikot. Na SLD Michnik postawił już krzyżyk.
 
 
Tekst opublikowany w Nr. 39/2011 Warszawskiej Gazety.
Wykop Skomentuj10
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale