182 obserwujących
639 notek
1021k odsłon
  1294   0

STASIŃSKI W OPARACH MGŁY

W oparach mgły
W oparach mgły

Stasiński wie, jaka była matka katastrofy, była nią determinacja. Nie kurs i ścieżka, nie brak map, nie "pas wolny", nie barak zwany wieżą, a determinacja i jej stasińskie opary.

 W każdą środę bladym świtem zaglądam na stronę internetową Gazety Wyborczej. Nie tylko dlatego, że ciekawi mnie, na jaką nutę w redakcji gęgają, jaka „prawda” w redaktorskich szafach zaczyna skrzeczeć, czy też jaki szkielet chce z nich wypaść, ale przede wszystkim interesuje mnie jak zmienia się skrzywienie linii redakcyjnej tandemu Kurski – Michnik. Cóż też dręczy moich ulubieńców, Seweryna Blumsztajna i Magdalenę Środę, jaki upiór ich straszy i oblewa zimnym potem? Pacholęciem będąc czytywałem Trybunę Ludu, oczywiście między zdaniami, dzisiaj równie wnikliwie odczytuję z łamów Wyborczej „znaki czasów”.
W jednym z komentarzy pod ubiegłotygodniowym tekstem „Pacewicz i inni” zapytano mnie retorycznie: „Ktoś jeszcze czyta tę badziewną gazetę?”. I komentatorka złośliwie dodała: „Sądziłam, że ten tytuł już padł a Pacewicz jest na bezrobociu”. Informuję tą drogą, że Pacewicz haruje jak dziennikarski wół, na bezrobociu więc nie jest, i że wciąż nie przeprosił. Za co miałby przepraszać, dlaczego powinny zapłonąć ze wstydu jego czerskie policzki? Za psychologiczną ekspertyzę, za spiskową wersję wydarzeń na pokładzie TU 154, obrażającą nie tylko dla elementarnych faktów, ale obrażającą pamięć śp. Prezydenta, nie tylko generała Błasika, ale i pilotów.
Swoją narrację Pacewicz oparł na insynuacjach i kłamliwych przesłankach. Ma więc za co przepraszać i ma kogo. Chociażby wdowę po oczernionym generale, którego imię i honor wielokrotnie zbrukano, przeprosić chociażby rodziców pilotów.
Zaglądam, więc do organu Michnika i na jedynce gazety czytam: „Rośnie gniew na ACTA”. Odnotowuję z uśmiechem na twarzy, jak dalece dziennikarstwo Wyborczej oderwało są od realu. Dziwią się, że w tłumie wykrzykiwano zarówno hasło: "Precz z brukselską okupacją", jak i hasło "Raz sierpem, raz młotem...". Wykropkowanie końcowe, to zapewne brukselska „czerwona hołota”. Czyżby na Czerską nie dotarło, że brukselska biurokracja, brukselscy okupanci są utożsamiani z lewactwem? A to im niespodzianka. Zacytowano w artykule premiera Tuska. Używając swojego ulubionego zwrotu „byłoby ekstrawagancją” (nawiasem pisząc, mocno wytarł ten swój chwyt erystyczny) mówi: „Ekstrawagancją byłoby, gdyby Polska tej umowy nie podpisała i była jedynym krajem … ” i dalej ta sama, co zawsze mantra. Za, ale i przeciw, rozumiecie – wiecie, rozumiecie wy dziennikarze. Nabrał takiej maniery, że do dziennikarzy się zwraca per „wy”.
Zanim wrócę na Czerską, jeżeli chodzi o ACTA, to jako autor często cytujący, a cytaty lubię bardzo długie, poczynię jedno spostrzeżenie. Na podstawie artykułu 12-ego można byłoby „aresztować moją publikację”, jeżeli cytat z „Władzy” Tadeusza Konwickiego, czy niestosownego felietonu z roku 1945 Czesława Miłosza byłby zbyt długi. Miłosz felietonista „Dziennika Polskiego” zacznie się przedawniać po siedemdziesięciu latach, a więc dopiero poczynając od roku 2015-ego mógłbym gorszyć ówczesnymi poglądami poety czytelników GW.
Przeskakuję wzrokiem tytuły Wyborczej, szukam omówienia konferencji profesorów z amerykańskich uczelni. Nie dalej jak wczoraj przeczytałem u Piotra Stasińskiego, że „mgła smoleńska snuje się po Polsce”. Potwierdzam. Zamglonym jest w stopniu znacznym. Według niego produkują ją (mgłę) już nie "ruscy" lecz „okołopisowscy politycy i dziennikarze”. Z wielką przyjemnością zacytuję (jeszcze mogę uczynić to bezpiecznie) jednego z wicemichników, Stasińskiego:
„Kłótnie o "bombę" czy wrak tupolewa toczą się w rodzinach. Wuj jest znawcą konstrukcji kokpitu, a kuzyn - fonoskopii. Ojciec czuje psychologię generała, bo kiedyś był w wojsku”.
A red. Stasiński jest znawcą od czego? Ponoć od determinacji. Narzeka: „To, że tylu ludzi stało się ekspertami od katastrof lotniczych, pokazuje, jak łatwo u nas poderwać zaufanie do państwa” i uświadamia swoich czytelników:
„Śledztwo nigdy nie da pełnej informacji, bo wszyscy bezpośredni świadkowie nie żyją, więc trzeba mozolnie analizować dowody pośrednie”.
Analityk się znalazł – czynię marginalną uwagę. I załamując ręce nad klawiaturą wciska w mózgownice czytelników: „Liczy się nie wiedza, lecz wiara”.
A spisek, a gdzie PODEJRZENIA? Podejrzenia są i „Pozwalają zamknąć usta każdemu, kto sądzi, że matką wszystkich przyczyn tej tragedii była determinacja, by prezydent nie spóźnił się do Katynia”.
Stasiński wie, jaka była matka katastrofy, była nią determinacja. Nie kurs i ścieżka, nie brak map, nie „pas wolny”, nie barak zwany wieżą, a determinacja i jej stasińskie opary.
A jak jest ze „znawstwem” w redakcji Gazety Wyborczej? Jak się ma wiara misjonarzy z Czerskiej do wiedzy?
Wiarę, a więc dwuletnią narrację Gazety Wyborczej naszkicowałem tydzień temu. Coś drgnęło? Ni cholery. Dzisiaj sektor pierwszy z miejsca katastrofy utożsamia się z kokpitem, a kokpit z kolei z Łazienkowskim parkiem.
Sektor pierwszy to kokpit z gen. Błasikiem, gdy tak naprawdę, to ciała generałów znaleziono w sektorach aż dziewięciu. Ciała dwóch pilotów i mechanika natomiast znaleziono w innym sektorze niż pierwszy. A w którym wy redaktorze Stasiński, wyśledziliście w swojej redakcji?
Naczelna Prokuratura Wojskowa ujawniła, że w sektorze 1 prócz ciała gen. Błasika znaleziono szczątki 12 innych osób, ale wśród nich tylko jednego członka załogi, a redaktor Kublik z Gazety Wyborczej w leadzie artykułu „Kim byli goście w kokpicie Tu-154” (niezły tytuł swoją drogą, pogratulować) cytuje słowa pułkownika Łukaszewicza
„Podczas podchodzenia do lądowania kokpit Tu-154 zamienił się w park Łazienkowski”.
A jaki też z niego ekspert, jaką dysponuje wiedzą, za kilka akapitów się przekonamy.  
I cóż dzisiaj rano czytam? Agata Nowakowska już w tytule się zastanawia: „Kto ściął tę brzozę?”. I lekkomyślnie zadaje pytanie: „Jeśli to nie samolot ściął brzozę swoim skrzydłem, to kto? Rosyjscy drwale pod osłoną mgły?”.
No właśnie, kto? Kapitalne wprost pytanie. Zbadała miejsce przecięcia/złamania? Widziała zdjęcia? Na urwanym skrzydle znaleziono i przeanalizowano pozostałości brzozowej kory? Autorka artykułu wysyła prof. Nowaczyka do Rosji twierdząc, że gdyby nie siedział za biurkiem w Stanach, tylko jak eksperci komisji ministra Jerzego Millera był na miejscu w Smoleńsku, dostrzegłby, że ścięta została nie jedna brzoza, a kilka drzew.
To wiedza kontekstowo-sytuacyjna – o tych smoleńskich badaniach i badaczach – czy raczej wiara pani redaktor? Czy potrafi podać nazwisko jakiegokolwiek eksperta, który przebadał drzewo? Może dotknął? Pobrał próbki?
Czy do Polski trafiło jakiekolwiek drzewo z tych wyciętych tuż po katastrofie? Osmalenie, spalenizna, resztki paliwa, jakikolwiek ślad? Od kogo Nowakowska się dowiedziała, że eksperci komisji Jerzego Millera w Smoleńsku badali brzozę, skoro nawet jej zdjęcie, słabej zresztą jakości, ściągnęli z Internetu?
A brzoza, jako dowód, jako przyczyna upadku samolotu? Dwa lata po katastrofie, powinniśmy dysponować nie tylko cyfrowymi jej zdjęciami, mieć wyniki badań jej struktury i charakteru uszkodzeń brzozy, ale również samo drzewo. Wiedza czy wiara, redaktorze Stasiński?
Ale czy brzoza jest taka ważna? Zobaczmy.
Przedwczoraj wieczorem w programie „Lis na żywo” wystąpił wspomniany płk Piotr Łukaszewicz, ekspert nie tylko Lisa, ale również red. Kublik, ten od słów, że kokpit „podczas podchodzenia do lądowania” zamienił się w park Łazienkowski. Emerytowany szef szkolenia Dowództwa Sił Powietrznych powiedział – cytuję dosłownie:
„zderzenie z brzozą było początkowym momentem katastrofy. Po zderzeniu z brzozą załoga nie miała już wpływu na zachowanie samolotu, ponieważ utrata połowy lewego płata, spowodowała nierównowagę siły nośnej. Siła nośna na prawym skrzydle spowodowała obrót samolotu, jego obrócenie się. W momencie, kiedy samolot się obraca traci również kierunek. I konsekwencją tego stanu rzeczy było zderzenie z ziemią”.
Gdyby to był dwupłatowiec, jakiś kukuruźnik być może. Albo samolocik taki, którego fotkę zaprezentowała na facebooku redaktor śledcza Monika Olejnik, ze skrzydłem mocno uszkodzonym przez jakiegoś gąsiora. Ale czy wielotonowy samolot zachowa się tak samo?
Ekspert Łukaszewicz raczył stwierdzić, że nikt nie kwestionuje zderzenia z brzozą, cytuję – mówi do Lisa:
„ani pan profesor, którego nazwisko pan przytoczył, ani wszystkie inne osoby, kwestionujące zderzenie, jako przyczynę, nie kwestionują faktu, że takie zderzenie miało miejsce”.
Otóż kwestionują. Wręcz krzyczą z za oceanu. Zderzenia nie było.
Cóż na to stwierdzenie eksperta odrzeknie red. Nowakowska także z GW, utyskująca, że „Jarosław Kaczyński, choć siedział przy wdowie po gen. Andrzeju Błasiku, co i raz zapadał w kilkusekundowe drzemki”. Czy ich/jej ekspert nie przespał całej prezentacji? Czy w ogóle ma blade pojęcie, o czym mówi?
Po pierwsze – prof. Nowaczyk przedstawił symulację i wynika z niej, że tupolew nie mógł zderzyć się z brzozą. To była i jest jego główna teza. Oświadczył, że kontakt z brzozą przy pierwszej radiolatarni i kontakt z brzozą, która miała odciąć fragment skrzydła samolotu, nie mogły mieć miejsca”. Tłumaczył, i wyjaśniał metodę wykonanych obliczeń, że nie mogło dojść do zderzenia, ponieważ samolot znajdował się około 14 metrów wyżej. Ale Łukaszewicz i tak trzyma się swojego. Według niego, nikt nie kwestionuje, że do zderzenia z brzozą doszło.
Czy Lis na kilka sekund przed programem, nie mógł szepnąć kilku słów do eksperckiego ucha? Przypominam, że od dawna zasadniczą jego tezą jest to, że zderzenie z brzozą było pierwszym momentem katastrofy.
A profesor Wiesław Binienda i jego naukowa symulacja? Najpierw kilka słów o profesorze. Uczestniczył w badaniu katastrofy promu kosmicznego „Columbia", współpracuje z NASA, i od dziesięciu lat jest dziekanem Wydziału Inżynierii Cywilnej University of Akron, redaktorem naczelnym Journal of Aerospace Engineering wydawanym przez American Society of Civil Engineers. Wystarczająca rekomendacja?
Dlaczego w Polsce nikt nie podjął z nim rzeczowej polemiki? Dlaczego nie znalazł godnego swej wiedzy i swemu doświadczeniu polemisty?
Zaprezentował ekspertyzę dotyczącą tego, co powinno się dziać ze skrzydłem oraz z całym samolotem. Gdyby samolot naprawdę uderzył w drzewo, to jego skrzydło przetnie je niezależnie od wysokości uderzenia, orientacji samolotu czy odległości miejsca uderzenia od końca skrzydła. Oto jego zasadnicza teza. Jednocześnie podkreślił, że
"uszkodzenie skrzydła nie zmniejszyłoby powierzchni nośnej ani stabilności samolotu".
Ponownie przypomnę. Płk Łukaszewicz w telewizorze mówił, że „samolot utracił połowę lewego płata”, co spowodowała nierównowagę siły nośnej. Tylko z kronikarskiego obowiązku, nie połowę, a jedną trzecią, Rosjanie najpierw podawali długość „urwanego” kawałka lewego skrzydła 4,7 metra, a polscy eksperci zmierzyli na ponad sześć metrów. Ileż kontekstów, ileż możliwych interpretacji.
A Lis zdawał się być zachwyconym i dumnym mówiąc, że
„Pan pułkownik przed przyjściem do studia pokazał tego pendrive`a, tak i tam jest zdjęcie i prosił pan byśmy to zdjęcie pokazali”.
Faktycznie, na zdjęciu był jakiś tajlandzki samolot z uszkodzonym skrzydłem. Ale, informuję redaktorze Lis, że w sieci krążą miliony zdjęć samolotów, takich i innych, tysiące z nich przeanalizowano, włącznie z tymi, gdzie samolot lądował w lesie, uderzał w zbocze góry, czy po prostu „wylądował” na swoim dachu i pasażerowie cóż uczynili? Po prostu przeżyli.
Zdjęcie, a właściwie zdjątko versus naukowa analiza, należałoby się zwrócić do sekciarzy z Czerskiej, by opisali swoją wiarę.  
Tymczasem redaktor Stasiński mówi o wiedzy, odrzuca wiarę.  Swoją wiarę?
 Informuję. Posługiwanie się zdjęciem, powoływanie się na nie przez eksperta, to czysta wiara, oczywiście – konieczne zastrzeżenie - zmuszająca do stawiania pytań. Każda sprzeczna informacja skutkuje kolejnymi pytaniami.
Ptak, który utkwił w skrzydle samolociku redaktor Olejnik powoduje co? Stawianie pytań, ale nic więcej.
Wyciąganie wniosków przez Lisa czy Olejnik, przez Stasińskiego czy Pacewicza, przez Kublik czy Czuchnowskiego, jest wyznawaniem wiary w przyczyny katastrofy, to kłótnia w rodzinie.
Jedyna wiedza, wiedza związana z brzozą i jej zachowaniem, jako „pierwszym momentem katastrofy”, to symulacje amerykańskich naukowców. A dowody, wrak, oryginalne czarne skrzynki, rejestratory lotu, oraz sama brzoza, wciąż znajdują się w Rosji.
Napisałem tydzień temu. Nie wiemy, co jest prawdą, wiemy, co prawdą nie jest.
Łatwo obalić hipotezę, trudniej sformułować własną i ją udowodnić. Czekam, bez żadnych emocji, cierpliwie, na obalenie dowodów przeprowadzonych przez amerykańskich naukowców. Na obalenie nie w studio red. Lisa, czy na ulicy Czerskiej w gabinecie redaktora Stasińskiego czy Michnika, ani na redakcyjnym korytarzu przez redaktor Kublik czy Nowakowską. Przez redaktorów we mgle. W oparach mgły.
Ekspert Gazety Wyborczej i Tomasza Lisa stwierdził – proszę posłuchać wywodu - że zderzenie z brzozą spowodowała nierównowagę siły nośnej, która to siła spowodowała obrót samolotu, jego obrócenie się, zmianę kierunku.
Tymczasem teza profesora Nowaczyka, odczytana po prostu z parametrów lotu: „Tu-154 nie zmienił toru lotu na wysokości brzozy, lecz dużo dalej”.
Wiara, czy wiedza redaktorze Stasiński? Skąd znajduje pan w sobie takie pokłady determinacji? Udowadniając, że nie macie tam na Czerskiej nawet mglistego pojęcia o przyczynach katastrofy. Jaka jest prawda nie wiem, ale nie mam wątpliwości, że wasz tzw. sytuacyjny kontekst nie trzyma się kupy.
Od dwóch lat zadaję pytania i wciąż czekam na nie odpowiedzi.
Tekst ukazał się w Warszawskiej Gazecie.
Lubię to! Skomentuj12 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Komentarze

Inne tematy w dziale