Tak sobie leniwie chodząc po blogach, gdzieniegdzie trochę komentując, gdzieniegdzie wyzwalając emocje moich ..hm.. nazwijmy ich rozmówcami, bawiąc się doskonale – natknęłam się w kilku miejscach na dyskusje o mediach.
Kilka refleksjii....
Sojusz medialny SLD-PiS ( kolejność nieprzypadkowa, zważywszy fakt, kto rozdaje karty, a kto chciał je rozdawać) powołany został w jednym, jedynym celu: reelekcji Lecha Kaczyńskiego. To znaczy, ma pomóc w medialnej kampanii brata Jarosława Kaczyńskiego - w zamian niech SLD wywali kogo chce, puszcza, jakie chce filmy, niech znów promuje Klosa, Czterech Pancernych z psem lub bez psa. Byle tylko I program TVP był w pisowskich łapkach a pracujący tam „dziennikarze'” karnie wykonywali polecenia czołowego „ideologa PiS”, pamiętnego z korumpowania Renaty Beger pieniędzmi sejmowymi – Adama Lipińskiego. Onże wypracował przecież z Robertem Kwiatkowskim w długich „nocnych Polaków rozmowach” ów sojusz swoich ze swoimi.
Pomińmy przyszłość parlamentarną i zdolność koalicyjną obu ugrupowań, ograniczoną wzajemnie do siebie – bo i tak żadne z nich nie jest w stanie wygrać wyborów parlamentarnych, ani też zusammen do kupy nie będą moggły stworzyć rządu.
Ale oba ugrupowania mają media. Publiczne, te których zasięg obejmuje całą Polskę.
Wyrzucenie Anity Gargas. Rozróba z Wildsteinem. To dopiero wstęp do tego, czego moglibyśmy być świadkami – ceny, jaką Kaczyńscy są gotowi płacić SLD za trwanie obecnego układu sił w mediach. Taka powtórka z brudnej koalicji: Lepper-Kaczyński-Giertych, z której nawiasem mówiąc najmniej upaskudzony wyszedł Giertych.
Moglibyśmy być świadkami – ale nie będziemy, albo przynajmniej nie w takim wymiarze, jak moglibyśmy. Dlaczego? Powoli. Będzie o tym pod koniec tych moich refleksji.
Czytam więc sobie te rozważania o misji TVP i Polskiego Radia – i pytam: a co tą misją jest? I czy kiedykolwiek jakakolwiek misja, poza działaniem na korzyść władających mediami partyjnych klik, miała miejsce?
Pani Janina Jankowska oburza się z wdziękiem na działania SLD – ale to ona, do cholery, jest w Radzie Programowej TVP. Jankowska powiada, że „nic nie może”. Ale za to NIC bierze przecież bardzo duże pieniądze. Więc po co nam ta Rada utrzymywana za nasze pieniądze – by oglądać Klosa i psa na przemian z kretyńskimi serialami?
Te ostatnie wprawdzie zachwycają Krzysztofa Kłopotowskiego, który uważa, że przekazują one wiedzę o naszej rzeczywistości. Nie wiem czy współczuć Kłopotowskiemu, że widzi polską rzeczywistość taką, jak w serialach, czy też uznać, że jest cynicznym facetem, któremu marzą się własne programy ( jak onegdaj bywało) w TVP i zazdrości nieco Wildsteinowi dochodów, nawet jeśli Wildstein ma kontrakt tylko na cztery a nie na czterdzieści programów.
Takich nadziei na załapanie się w TVP – widać w tekstach publicystów zajmujących się mediami i polityką (tak, tak, a może przede wszystkim polityką) znacznie więcej.
No, jeden Semka jest ponadto. Ale on akurat jakoś w PiS szczególnego brania nie ma.
Ale drobiazg dziennikarski i owszem liczy na jakiś okruch z pańskiego stołu.
Gdzieś tam widzę, jak bojowniczka o wolność słowa, nawet odznaczona za ten heroizm – dziś tchórzliwie zamykająca dostęp do komentowania swoich tekstów ludziom, których prawdy się boi jak diabeł święconej wody – Teresa Bochwic – ostro przywołuje do porządku krytykujących obecny stan rzeczy. Bochwic jest członkiem kolejnego ciała, które pozostaje na naszym utrzymaniu i też „nic nie może” - czyli Rady Etyki Mediów. Biedne te media. Ale jeszcze biedniejsza ich etyka, jeśli ma takich strażników.
Darmozjadów zatrudnionych w mediach i dojących je niemiłosiernie jest całkiem pokaźna liczba.
Od przeróżnych rad poczynając, poprzez rozbuchaną administrację, dziennikarzy o lepszych a głównie gorszych umiejętnościach aż po twórców, którym żadna prywatna instytucja nie proponuje lukratywnych kontraktów, a przyzwyczaić się zdążyli, że fajnie a nawet bardzo fajnie i zupełnie niezobowiązująco żyje się za państwowe.
Cala ta ferajna wszczęła alarm, wymyślając przeróżne sposoby na wydojenie nas, obywateli – wyłącznie po to by zastąpić wpływy z abonamentu, które im uciekły, innym abonamentem – tyle, że abonamentem nie ma się nazywać.
Czują pismo nosem. Wiedzą, że nie da się tego molocha utrzymać bez znacznego odchudzenia. Bez sprowadzenia go do wymiaru telewizji i stacji radiowych – prywatnych, żyjących, dodajmy: nieźle żyjących, z reklam. Wprawdzie i tak media publiczne mają lepszą sytuację niż media prywatne, bo jest zapewnienie, że z państwowej kasy nadal coś, całkiem spore coś , kapnie – ale będzie podlegać drobiazgowej kontroli ministra skarbu – nie to, co pozostający praktycznie niemożliwym do rzetelnego rozliczenia abonament.
Wiec grunt pod nogami się pali – no bo na zdrowy rozum rzecz biorąc – kogo pozbędą się w pierwszej kolejności? Przecież nie rzeczywistych realizatorów programów. Nie, nie programów misyjnych. Dajmy sobie spokój z tym bredzeniem o misji. To tylko zasłona dymna darmozjadów medialnych. Chodzi o realizatorów programów, których oglądalność będzie dostatecznie duża i przyniesie wymierne korzyści. Ludzi, którzy i radio i telewizję robią.
Koniec z niebotycznymi kontraktami i jeszcze bardziej niebotycznymi odprawami, które zapewniały sobie i tylko sobie w mediach rządy brudnej koalicji,a które kontynuował jeden z prezesów z ich nadania, chociaż pod koniec sprzeniewierzył się swoim pryncypałom i wypowiedział im posłuszeństwo.
No i płaczą i kombinują, jak by tu znaleźć sposób, by jednak dalej móc pożywiać się przy pańskim stole prezesa Orła i innych prezesów, których nazwiska „nic panu nie powiedzą”, więc nie zaprzątajmy sobie nimi głowy.
Zabawnie się o tym czyta. Jeszcze zabawniej obserwuje się walkę nadziei z solidarnością nie tyle zawodową ile polityczną. Kiedy widać do czego są zdolni ludzie, byle tylko zrealizować swoje prywatne, osobiste cele. Kiedy na wsparcie Kaczyńskich i ich wdzięczność za lata wiernej służby nawet profesor Zybertowicz dziś już liczyć nie może.( Za dużo ostatnio przegrywa procesów i stał się pewnego rodzaju ciężarem – przecież za niego nikt tych zasądzonych odszkodowań, nawiązek itp. płacić nie będzie).
Na dodatek w marcu zakończy się teatrzyk platformiany pod nazwą „Prawybory” - i nawet nadzieje na rozpad Platformy, jakie obecnie są nieustającym tematem pisowsko-eseldowskich niezależnych dziennikarzy – szlag trafi.
Święta. Prawybory. I tak minie marzec.
Na maj przewidziane jest zgłaszanie kandydatów do PKW. Oficjalne rozpoczęcie kampanii wyborczej.
A w kwietniu?
A w kwietniu czas na media.
Rozpoczęcie procedury ustanawiania komisarzy rządowych .Tak by przejęli media najdalej pod koniec lata.
Powodów jak najbardziej racjonalnych nie brak.
Możliwości skutecznej reorganizacji mediów w obecnym układzie sił i przy obecnych Kaczyńsko-Napieralskich władzach w mediach - brak.
Grzechem zatem nie do wybaczenia byłoby, gdyby Platforma Obywatelska pozwoliła na dalszy ciąg tej eseldowsko-pisowskiej hucpy, czyli za nasze, publiczne pieniądze robienia sobie i tylko sobie dobrze.
Trzeba zabrać zabawki baronom medialnym panie ministrze skarbu – bo brzydko się bawią.
I bardzo kosztownie.
Czas na media!


Komentarze
Pokaż komentarze (117)