Spotkany przygodnie i rozgadany bezdomny nawet nie skarżył się na dotkliwe zimno. - A gdzie pan sypia? "A gdzie popadnie. Na strychach, w ciepłych klatkach schodowych, a jak już nie ma gdzie, to w jakiejś altance, pełno ich". - A w ciągu dnia? "W ciągu dnia to albo w jakichś wielkich galeriach, albo przed nimi i odwiozę wózek z jednozłotową kaucją, i zawsze się kilka złotych uzbiera". - No dobrze, a jedzenie? "Jedzenie cieple jeden raz w ciągu dnia, na Dietla są ciepłe zupy dla takich jak ja". - A co zrobić, jeżeli wygonią z klatek, a dziś większość bloków i kamienic zamknięta? "To zostaje jeszcze dworzec kolejowy, choć stamtąd przeganiają... - Jest prawie dwadzieścia stopni, pan dość cienko ubrany... "Jakoś sobie daje radę, ubranie wyszukuje ze skrzynek ustawionych na ulicach, a i w klasztorach coś się znajdzie, one się nami trochę opiekują."
Zima wyjątkowo mroźna, można ją wytrzymać w dostatnich i ciepłych domach i mieszkaniach, na ulicy strzelić sobie grzane wino, wstąpić do knajpy na ciepłe piwo z imbirem. W domu po przyjściu zrobić sobie gorącą herbatę, dolać kieliszek wódki i jakoś się przeżyje tę siarczystość. A oni? Te tysiące bezdomnych, pozostawionych w gruncie rzeczy samym sobie? Nie ma na świecie kraju, który w stu procentach poradził by sobie z bezdomnością, głodem, bezrobociem, tysiącem problemów ludzi starych, opuszczonych, zaniedbanych przez swoich.
I na drugim biegunie tysiące, dziesiątki tysięcy ludzi sytych, bogatych bogatością własnych domów, urządzonymi mieszkaniami, gdzie rogi na ścianach i srebra na półkach. Taki mamy świat i my go ani nie zmienimy, ani nie uporządkujemy, bo historia uczy, że tak ma być, a wszelkie wielkie próby odmiany prowadzą do ogromnych światowych konfliktów. Wszelkie Zimowe Pomoce, Winterhilfe czy Food for homeless, to tyllko doraźne akcje, które owszem, pomogą na chwilę, ale problemu nie usuną. Będą ludzie ginąć bo zamarzną lub wejdą na lód, który się pod nimi załamie. Albo w górach zagubią szlak w śnieżycy i mrozie, albo pomoc nie przyjdzie na czas. Po prostu trzeba nam samym zadbać o własne bezpieczeństwo.Ja przepraszam za ten mentorski ton, ale skłaniają mnie ku temu doniesienia radiowe, które niemal w każdym swoim dzienniku przekazują mroźne wieści, jakby z frontu walki. Radio towarzyszy mi niemal na stałe, słucham muzyki pisząc, słucham wiadomości pisząc, radio jest ze mną wszędzie. W górach latem także czasem słucham ze słuchawek i sam się skarcam, że w górach trzeba być tylko z nimi i z nikim więcej.
A tymczasem państwa coraz mniej w naszym życiu. Nie, abym odczuwał jego brak na co dzień, bo ono mi niepotrzebne. Ale jeżeli czytam, ze na operacje endoprotezy czeka się w Krakowie półtora roku do dwóch lat, podobnie na poważniejszą operacje czy poważniejszy zabieg, to do bani z taką służbą zdrowia, skoro człowiek prędzej umrze nim się dostanie pod opiekę lekarza. Lub tak się rozchoruje, że bardziej mu wtedy potrzebny ksiądz i dobry pochówek.. I do bani z takim państwem, które tak na dobre, z niczym sobie nie radzi.
Ileż jest państwa tam, gdzie ono potrzebne? Morderca księdza Jerzego, niejaki grzegorz piotrowski nazywa sie dziś grzegorz pietrzak, pisuje w gazecie pod tytułem "fakty i mity", inkasuje wierszówkę każdego miesiąca. Jest szanowanym tam pisarzem i ma się wcale dobrze. Moja Bieta zrobiła sobie ostatnio krótkie wakacje, poleciała do stanu Texas do przyjaciół. I tak mi pisze po zwiedzeniu słynnego więzienia Huntsville, gdzie wykonuje się wszystkie wyroki śmierci w tym stanie. "I zwiedziliśmy muzeum więzienne i tym bardziej życzy się mordercom kary śmierci." Nasze sądy są bardzo łagodne, nie wiem czy to z litości czy to z pieniędzy, ale aby dostać dożywocie, to trzeba być już stukrotnym mordercą, gwałcicielem, albo głosić, że obecny reżim doprowadzi kraj do ruiny. No, może przesada, ale w każdym razie najwyższy wymiar kary powinien powrócić do szubienicy. I dla mnie bzdurne są przekonania prawnicze, że bardziej odstrasza nieuchronność kary, niż najwyższy jej wymiar. I dlatego piotrowski jest dziś szanowanym obywatelem w kręgu swoich odbiorców, jego gazeta jak i jego mocodawcy mają się dobrze. Albo i bardzo dobrze. I na drugim biegunie jest ów bezdomny o którym na wstępie, i tysiące, tysiące ludzi, którzy zwykle nie z własnej woli powiększają rzesze tych nieszczęśników.
I na zakończenie refleksja z Texasu: "Texas, to bardzo normalne miejsce, gdzie nienawidzą Obamy, ludzie są konserwatystami, noszą broń i są życzliwi dla innych.. Odezwą się z sympatią, zagadają, pośpiesza z pomocą jak tylko zobaczą, że ktoś się na moment zatrzymał". No tak, od siebie dodam, że tak żyją tylko naprawdę wolne narody...
208
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (1)