Nie wiem skąd się wzięła trochę frajerska, trochę szpanerska i moim zdaniem nieco głupawa maniera oficjalnego podawana swoich imion w brzmieniu potocznym. Jest więc Małgośka Szumowska, jest Wojtek Smarzowski i Jurek Owsiak. I tuzin innych by znalazł. Jak się zwał tak się zwał, dość na tym, że Wojtek zrobił dobry film pod tytułem "Róża".To imię autochtonki, Mazurki, która na czas zakończenia wojny doczekała się podłego losu.Tak się złożyło, że natrafił na nią szlachetny młody żołnierz z Armii Krajowej, który był świadkiem i uczestnikiem wielu okrutnych zdarzeń, jakie miały miejsce wszędzie tam, gdzie wkraczała armia sowiecka. Ekran spływa krwią. Sceny bestialstwa sowieckiego żołdactwa są porażające. Gwałty, mordy, rozboje, to rzecz jakby normalna w tamtych latach. Był taki czas, dziś w dużej mierze zapominany i dobrze, że ktoś o nim przypomina. Wczesnym latem czterdziestego piątego, na dalekich wówczas ziemiach odzyskanych, jakże kilometrowo odległych od Krakowa, jako przyboczny, a za chwilę drużynowy drużyny dwudziestej czwartej, współprowadziłem obóz harcerski pod Jelenią Górą, wówczas jeszcze chyba Hirschbergiem. Miejscowość nazywała się Hain, nie wiem, czy nie są to dzisiejsze Matejkowice. Otóż tam byliśmy świadkami, jak sowieccy żołnierze rabowali polskie sklepy, jak demontowali trakcje elektryczną tamtejszych kolei poniemieckich. Prawda, gwałtów nie widzieliśmy. O tym jedynie się mówiło. Moje ówczesne harcerskie lata i dwa tuż powojenne obozy przypomniał mi Smarzowski swoją doskonałą "Różą" i moim zdaniem ona winna być nominowana do hollywoodzkiego "Oskara".
No tak,ale to nie ten wymiar oskarowy, gdzie polityka ma swój donośny udział. Lewicowość, a zapewne i lewactwo dysponentów z jednej i drugiej strony, nie zezwoliło by na taki obraz "wyzwolicieli", którzy w czterdziestym czwartym i piątym zajmowali polskie ziemie. Czerwone chodniki Kodak Theatre w Los Angeles zlałyby się z czerwonością krwi filmowej "Róży". I dlatego nominowana została "Ciemność", zresztą bez szans w LA. A kiedy latem zeszłego roku w te i wte przechadzałem się kodakowymi alejami anim przypuszczał, że mógłby być polski akcent w oskarowej gali. Zaś Meryl Streep, gdyby zagrała w sowieckim filmie, była by zapewne różą luxemburg lub tierieszkową. Meryl najbardziej mi się podobała w filmie "Dzika rzeka".
Pisałem niedawno w tym miejscu o marcowym występie sowieckiego chóru wojskowego imienia Aleksandrowa, zresztą znakomitego i nie po raz pierwszy goszczącego w Polsce. I na afiszu sowieccy żołnierze w swoich nieforemnych, ogromnych czapach.. Pisałem, sam nie będąc pewien mojego stanowiska, czy konieczne trzeba iść na koncert ludzi, którzy są wnukami i prawnukami tych "wyzwolicieli" z "Róży". Dziś moje stanowisko jest jasne.
A polscy "Żołnierze Wyklęci"? Jest ich dzień, ich święto. I znów pamięć tamtych dalekich lat. Rok czterdziesty szósty. Jest nas chyba sześciu, mamy harcerski obóz wędrowny w niemal kompletnie wówczas pustych Tatrach. Idziemy od Roztoki do Doliny Pięciu Stawów, tam rozbijamy obóz. Schronisko spalone, mamy jedynie płachetki namiotowe, zrywamy kosówkę (dziś nie do wyobrażenia!) i mościmy sobie nocleg, płonie ognisko. Nagle z ciemności wyłania się kilka, a może kilkanaście postaci i pada pytanie: a wy kto? Odpowiadamy, że harcerze na obozie wędrownym. I potem kolejne pytania, czy nie widzieliśmy w drodze milicji lub oddziałów KBW. Odpowiadamy, że nie, że droga jest czysta. To byli chłopcy od "Ognia". Posiedzieli z nami, napili się herbaty, zaprosiliśmy do kolacji, którą pośpiesznie zjedli. Kilka piosenek partyzanckich i harcerskich, i tak jak przyszli, tak w jednej chwili wchłonęła ich noc .Dziś "Ogień", ten zagończyk i rasowy bitny góral jest symbolem polskich walk partyzanckich powojennych na Podhalu. Choć ludowa propaganda przez dziesiątki lat robiła z niego zbira, złodzieja i pospolitego bandytę, to jednak ogniowa legenda przetrwała do dziś i jest wśród młodego pokolenia coraz bardziej żywa i stała się częścią najnowszej historii Polski. Józef Kuraś, "Ogień" zmarł - zginął sześćdziesiąt pięć lat temu.
I skoro jestem przy temacie, to warto może przypomnieć, że "Profesor" bądąc członkiem kapituły Orła Białego, odmówił jego przyznania dwóm wielkim żołnierzom tamtych lat - Emilowi Fieldorfowi "Nilowi" i Witoldowi Pileckiemu. Taki jest czczony dziś na salonach Bartoszewski.
I jeszcze wojskowy temat. Ów odnaleziony w góralskim szałasie w Tatrach, były żołnierz polskich sił interwencyjnych bodajże w Iraku - z miejsca psycholog i leczenie "stresu bojowego". Dawniej żołnierz po prostu strzelał i bywał zastrzelony. Dziś nowoczesne metody lecznicze i niechby one przywróciły do życia ludzi, którzy walczą nie na swojej ziemi i nie do końca w swojej sprawie. Ale nie ma inaczej ...
392
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (1)