Jest dobrze mieć koło siebie kogoś zaprzyjaźnionego. Mam na myśli Węgry, co choć nie są tak całkiem "koło nas", ale przecież przez długie lata z sobą graniczyliśmy. Między innymi przez Kraków prowadził szlak handlowy z południa i z południowo - wschodniej Europy nad Bałtyk, a Polska zbratała się z Węgrami nie tylko podobnymi losami, ale także ożywionymi stosunkami handlowymi. Przyjaźniami, sojuszami, podobnymi losami. Kiedy w roku trzydziestym dziewiątym odwróciły się od nas kraje, z którymi byliśmy związani sojuszami, traktatami i wzajemnymi zobowiązaniami, niewielkie Węgry potraktowały nas z pełnym zrozumieniem i przyjaźnią. Anglia i Francja, z którymi to krajami mieliśmy ustalone stosunki na dobre i złe czasy, całkowicie nas olały, kiedy przyszło do konfrontacji. Nie było ani pomocy wojskowej, nie było zrozumienia dla trudnej sytuacji Polski. Jakby z łaski przyjmowano polskich uchodźców w tamtym czasie we Francji czy w Anglii, a na domiar złego, kiedy przyszło świętować wielkie zwycięstwo światowej koalicji nad hitlerowskimi niemcami, zabrakło Polaków w zwycięskiej paradzie. Tak się zachód odwdzięczył Polakom. Za przyjęcie na siebie pierwszego uderzenia niemieckiego, potem za sowiecką okupacje, za polskie okręty wojenne na wodach całego świata. Za Monte Cassino, Narwik, Falaise.
Węgrzy natomiast, niewielki kraj w środkowej Europie, przyjęli dziesiątki tysięcy polskich uchodźców. Co to uchodzili w trzydziestym dziewiątym przed dwoma zabójcami, niemcami i sowietami. Kiedy zamknięte były dla Polaków granice w wielu europejskich krajach, Węgrzy je dla Polaków otworzyli.Otworzyli najpierw granice, a potem otworzyli serca i utworzyli polskie szkoły dla polskich uchodźców. Takie było niewielkie miasto w środkowych Węgrzech, Balatonboglar, gdzie w polskich szkołach uczyły się po polsku polskie dzieci. Gdzie ich rodzice otrzymywali niewielkie pieniądze na utrzymanie i na przeżycie w trudnych czasach. Węgry były jednym z nielicznych krajów europejskich, gdzie niemal do samego końca wojny można było żyć w miarę normalnie, bez bojaźni o dzień następny. I rzecz najważniejsza: Węgry przyjęły pod swój dach dziesiątki tysięcy polskich uchodźców, co to z powodów politycznych bądź z obawy przed represjami okupacyjnymi, nie czuli się bezpiecznie w okupowanej Polsce. Przyjęli, dali im prace, pomoc społeczną, zapewnili spokojny pobyt. I to w ogromnej mierze ma znaczenie w dzisiejszych naszych wzajemnych polsko - węgierskich stosunkach.
Pan Grzegorz Łubczyk, niegdysiejszy ambasador polski w Budapeszcie nie ukrywa swojej wielkiej sympatii do tego kraju, do ludzi, tamtejszego krajobrazu. Przyjechał wczoraj do Krakowa ze swoim nowym albumem o Węgrzech "Pamięć II", a aby bardziej zrozumieć znaczenie tego albumu, cytuję jego węgierski tytuł: "Emlekezes II. Legyel Menekultek Magyarorszagon" I wszystko już jasne. Żartobliwie powiedział zresztą pan Grzegorz, że zapewne dlatego mamy tak dobre, braterskie stosunki z Węgrami, bo dla obu krajów nasze języki są całkowicie niezrozumiałe. To jak się gniewać z kimś, skoro nawet obrazić go słownie nie można? A tak naprawdę, to my się z Węgrami tak bardzo po ludzku, bardzo lubimy. Wystarczy przypomnieć niedawną polską manifestacje Polaków na ulicach w Budapeszcie, kiedy sto tysięcy naszych pojechało do stolicy, aby tam świętować węgierskie dni narodowe, obnosić polską flagę biało - czerwoną i zapewniać Węgrów o naszym braterstwie i wielkiej sympatii. I były przypadki, kiedy Węgrzy ujęci naszą postawą całowali polskie kolory narodowe i przypominali nasze wspólne losy. A pamiętny rok pięćdziesiąty szósty, powstanie w Budapeszcie i sowieckie czołgi rozwalające miasto. I z miejsca polska pomoc, kiedy szły z Polski transporty żywności, leków, odzieży dla zaatakowanego przez sowietów kraju. A przecież i w Polsce panował ten sam sowiecki reżim, a jednak Polacy zdobyli się na ten piękny gest i pomimo spodziewanych restrykcji jeździli na Węgry z prawdziwie bratnią pomocą
Tak, mało jest narodów - jeżeli w ogóle są takie - z którymi mielibyśmy tak mocne więzy prawdziwej przyjaźni, wzajemnego szacunku i poważania. I dobrze, że jest ktoś taki jaki Grzegorz Łubczyk, człowiek znający Węgry i wiedzący o nich prawie wszystko, te swoje rozmyślania i przyjaźnie deklaruje nie tylko w słowach ale i w czynie. A kiedy po spotkaniu oficjalnym, pan Grzegorz zaprosił na lampkę (lampki!) świetnego węgierskiego wina, przyjaźń jakby stała się jeszcze większa.
Nie wiem, nie znam się na tym, ale nie sądzę, aby Węgrzy mieli odwagę, albo inaczej: aby o tym w ogóle pomyśleli - by sprzedać swoje rodowe srebra. By przehandlować Balaton. I za srebrniki pozbyć się sreber. Tymczasem Polacy, a raczej tuski (naprawdę Polacy? - dałby za to ktokolwiek głowę?) są w trakcie przehandlowania naszych polskich zdrojów: Ciechocinka, Lądka, Kołobrzegu, Buska, Rymanowa. Chłopy (to adresowane do Tuska et co.): jest jeszcze "Kolumna w Warszawie, na której przysiądą w locie żurawie", jest jeszcze Wawel, "Dama z łasiczką", port w Gdyni, kilka niesprzedanych kopalni węgla na Śląsku. Jest Puszcza Białowieska i Baranów. Tuski, bierzcie się za sprzedaż całej Polski, bo za chwilę sami ją rozkradniecie...
339
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (4)