Gdyby u nas był taki Phelps, to by miał kadrowe w wysokości kilku tysięcy złotych i uważałby się za krezusa. Bo ja pamiętam, jak nasze olimpijki, a były to lata mniej więcej siedemdziesiąte, otrzymywały z głównego komitetu sportu, bo jakoś tak nazywał się ten organ, po kilkaset złotych (na dzisiejsze pieniądze), aby mogły sobie w jakichś galluxach czy innych peweksach kupić batonika czy puszkę owomaltyny. Nie było żadnych napojów energetyzujących, żadnych odżywek, jeżeli ktoś miał szczęście i zaprzyjaźnioną panią w doborowym sklepie, ten mógł sobie pozwolić na luksus mandarynek czy pomarańczy. Nie daj Bóg kubańskich, bo te były suche, puste w środku i nadawały się na pasze dla, za przeproszeniem, bydła. W zamian posyłaliśmy braciom kubańskim od fidela armaty i samoloty, aby mogli się bronić przed podstępnym imperialistą amerykańskim.
Dziś nasz kraj w rozkwicie, na zielonej wyspie tyle szczęśliwości, że moglibyśmy nimi obdzielić co najmniej kilka jeszcze biedniejszych krajów. Nie wiem, ile otrzymuje mistrz olimpijski w Ameryce za złoty medal; u nas, o ile dobrze pamietam, 180 tysięcy złotych. Może to nie za wiele jak na tak gigantyczny wysiłek, ale to już na tyle przyzwoita suma, że warto się o nią pokusić. Pewnie, że to niewiele, skoro jakiś niedawno jeszcze rządowy Grad, dziś prezes jakiejś szemranej spółki państwowej otrzymuje miesięcznie 110 tysięcy złotych. Ciepło i na rękę. No cóż, państwo zawsze było hojne wobec swoich giermków i przydupasów. Bo o ciurów się nie dba, oni są od roboty, a panowie od reprezentowania i od pieniędzy. Nie orientuje się, czy afera z Sawickim i całym tym przekrętnym waldkowym peeselem już się zakończyła, w każdym razie ucichła. Albo inaczej: ją wyciszono. Nie trzeba, aby w momencie kiedy rząd ma jeszcze gorsze notowania niż zazwyczaj, pastwić się nad biednymi ministrami, skoro ich głupota ani większa ani mniejsza od średniej krajowej. A ta jest wcale, wcale.
Niestety nie pamiętam o jakiej kwocie była mowa przed wieloma laty, kiedy Roger Verey i Jerzy Ustupski zdobywali w berlińskiej olimpiadzie w trzydziestym szóstym brązowe medale wioślarskie, ale były to kwoty nie wielkie. Rożek był w latach powojennych szefem przystani AZS w Krakowie, Ustupski działał głównie w narciarstwie w Zakopanem. To był w ogóle dziwny sport w tamtym czasie. Jarka Jóźwiakowska pojechała na olimpiadę letnią w Rzymie w siedemdziesiątym chyba drugim niemal w ostatniej chwili, strój olimpijski dostarczono jej na lotnisko tuż przed odlotem. A w Rzymie wyskakała wzwyż srebrny medal. A Fortuna, pamiętacie państwo tego niepozornego skoczka z gór? Także na kotnisko dostarczono mu sprzęt i ubiór olimpijski, a on w Sapporo wyskakał dla Polski złoty medal. O olimpiadzie londyńskiej przyjdzie nam może jeszcze coś powiedzieć, dość na tym, że poszkapili szermierze, którzy mieli przywieźć worek medali.
Natomiast trwa żółta ofensywa! Nie ma dziś prawie konkurencji olimpijskiej, w której medali nie zdobywali by chińscy sportowcy. Prawda, wszak ich przywódca mao tse przepływał swoją rzekę jangtse w te i nazad i był pionierem pływactwa długodystansowego, ale aby tak mocno ideami mao byli przesiąknięci jego sportowcy? Ja pamiętam, to były jakoś lata sześćdziesiąte (nie, to nie był wiek dziewiętnasty, to był wiek poprzedni...), w Zakopanem odbywała się tak zwana spartakiada armii zaprzyjaźnionych, nieznane były jeszcze ratraki ubijające trasy narciarskie - to komandir chińskich żołnierzy wysłał ich piechotą na Kasprowy, aby sobą ubijali trasy, po których mieli potem sami zjeżdżać. Tak się kiedyś uprawiało sport.
Jak się zwał tak się zwał, londyńska olimpiada dostarcza nam sporo emocji, z naszych do dziś na pewno na pierwszym miejscu siatkarze. Jeżeli serwowana piłka leci z szybkością ponad stu kilometrów, a przyjmujący ją zawodnik odbija ją zazwyczaj bez większych kłopotów, to to jest już samo w sobie mistrzostwo świata.Pływacy wygrywają o setne części sekundy, podobnie za chwilę zobaczymy biegi lekkoatletów. Niezwykle wyśrubowano sport zawodniczy (zawodowy), już coraz mniej miejsca dla amatorów, którzy by chcieli pokopać piłkę, coraz mniej dla nich boisk, kortów, sal, a jeżeli już są, to koszt ich wynajmu zrujnuje niejedną kieszeń. Jeszcze za wejście w góry się nie płaci, nie licząc biletów wstępu do parków narodowych, tatrzańskiego czy babiogórskiego, ale uzysk jest tam przeznaczony na budowę i konserwacje szlaków. Trwa to w tej chwili na Babiej Górze, a pięć złotych czy w taryfie ulgowej dwa pięćdziesiąt, można zapłacić za tyle szczęścia w górach. Za widoki, za przyrodę i za tego głuszca, który gdzieś tam tokował w dawnej puszczy karpackiej na BG.
I tym razem nie obejdzie się bez polityki. Oburzono się (może i słusznie) na buczenie w czasie apelu Powstania Warszawskiego. A sikać na znicze smoleńskie można? Deptać smoleńskie kwiaty można? Z ofiat smoleńskich drwić można i z żałoby po nich?
PS 1. Pierwszego sierpnia w rocznice Powstania Warszawskiego zawyły syreny w całej Polsce. I na moment powinien stanąć w Polsce cały ruch. Stanął? Ale gdzie tam, stanąłem ja na chodniku i to było wszystko.
PS 2. Zwrócono mi chwilę temu uwagę, abym w stosunku do Tuska nie używał określenia: łgarz. Wycofuje się. Tusk jest tylko kłamcą.
448
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze