Jeszcze zanim dostałem tę płytę, zastanawiałem się, co się kryje pod nazwą "pocket orchestra". Pierwsze skojarzenie to skojarzenie z okresu II wojny światowej z kieszonkowymi pancernikami niemieckimi, które to były po trosze ciężkimi krążownikami, a po trosze pancernikami czyli ani "pies ani wydra".
Nazwanie zespołu Freda Herscha kieszonkową orkiestrą jest co najmniej autoironiczne, bo cóż to za orkiestra, nawet taka malutka, gdy mamy do czynienia z kwartetem w niezwykłym co prawda składzie. Pianista, trębacz, perkusista i wokalistka – orkiestra na miarę naszych czasów. Ten niewielki skład potrafi zagrać muzykę, która po prostu łapie za serce. Muzyka poraża prostotą i taką swoistą bezpretensjonalnością.
Już od pierwszego swingującego kawałka "Stuttering" można nabrać pewności, że będziemy mieli z nietuzinkowym koncertem. Kapitalny dialog trąbki Alessiego i fortepianu Herscha, okraszone wpadającą w tempo perkusją Barshaya z ulotną wokalizą Jo Lawry w stylu Wandy Warskiej, gdy współpracowała z Krzysztofem Komedą w "Song Without Words", melorecytacja i śpiew w klasycznym stylu w "Light Years" to dopiero początek świetnego koncertu. Potem też jest fajnie choćby taki nowoorleański w klimacie wesoły utworek "Down Home" z uroczym scatem Jo Lowry.
Jeżeli tak miałby wyglądać mainstream XXI wieku, to ja nie mam nic przeciwko temu. Zdecydowanie lepsze to od przynudzania Branforda Marsalisa czy silenia się na wirtuoza, który potrafi zagrać wszystko, na jakiego kreuje się Joshua Redman.
Polecam zdecydowanie tę płytę. Dla mnie była ona sporą niespodzianką, bo wiele po niej nie oczekiwałem. I pomyśleć, że święci na świecie triumfy taka Diana Krall z wielce przeciętną płytą "Quiet Nights", a Hersch ze swoją kieszonkową orkiestrą i prostą, acz wysmakowaną muzyką tkwi gdzieś tam na obrzeżach. Nie ma sprawiedliwości na tym świecie, gdzie autentyczna muzyka przegrywa z plastikiem i wielką machiną marketingową.
Fred Hersch - piano
Ralph Alessi - trumpet
Jo Lawry - vocals
Richie Barshay - percussions


Komentarze
Pokaż komentarze