Minimum słów, maksimum muzyki – tak kiedyś mówił Piotr Kaczkowski.
Więc ja też tak zrobię i w krótkich żołnierskich słowach podam kalejdoskop swoich fascynacji muzycznych pozajazzowych.
10 najlepszych płyt - kategoria szeroko rozumiana muzyka rozrywkowa (kolejność przypadkowa)
1) King Crimson – Discipline (1981) – płyta jakże odmienna od płyt z klasycznego okresu działania zespołu (1969-1974), mogąca wprowadzić w konfuzję fanów takim nowofalowym charakterem i śpiewem Adriana Belew w stylu Talking Heads. Płyta, którą lubię od momentu, w którym ją usłyszałem i zawsze mam dreszcze przy „słoniowych” dźwiękach gitary w „Elephant Talk”.
2) U2 – War (1983) – i pomyśleć co się porobiło z takiego fajnego zespołu, teraz to jest tylko odgrzewanie starych kotletów, a kiedyś właśnie na tej płycie zespół pokazał siłę i energię , którą może zadziwiać do tej pory. Wsłuchajcie się w te mniej znane utwory z tej płyty jak „Seconds”, „Red Light”, „Drowning Man” czy „Surrender” i pomińcie te ich wielkie przeboje jak „New Year’s Day” czy „Sunday Bloody Sunday”, a zobaczycie, że ta płyta niezestarzana się ani trochę od kiedy ją nagrano.
3) Rolling Stones – Exile On Main Street (1972) – dwie płytki, obecnie 1 CD, prawie żadnych przebojów, bo czy był nim „Tumbling Dice”, ale ten brud, ten bluesowy charakter, ten klarowny jazgot działa na mnie od lat i pozwala mi na stwierdzenie, że to była najlepsza płyta najdłużej istniejącego zespołu rockowego. Niezwykle cenię tę płytę, choć wiem, że inni wskażą zapewne „Sticky Fingers” jako nr 1 dyskografii Stonesów.
4) Talking Heads – Stop Making Sense (1983/1999) – tu jedno mało zastrzeżenie, ze polecam płytę wznowioną z 1999 r., na które znajdują się wszystkie utwory tak jak na filmie z tych koncertów. Film Jonathana Demme’a na którym zaprezentowany jest koncert Gadających Głów uznaje za jedno z największych osiągnięć prezentacji muzyki na scenie, dlaczego nie powiem, zobaczcie ten film, a będziecie prostymi pomysłami scenicznymi zespołu zauroczeni. Strona wizualna to tylko jednak pół sukcesu, do tego trzeba grać dobrą muzykę, a jest ona znakomita. Nigdy wcześniej, ani nigdy później tak dobrze nie grali.
5) Underworld – Everything, Everything (2000) – i znowu płyta z koncertu tym razem mojego ulubionego zespołu techno. Muzyka mechaniczna, ale tak pełna energii i czadu, że słuchanie jej na pół gwizdka, a nie na maxa jest nieporozumieniem. Nigdy nie przepadałem za muzyką techno, choć przyznaję, że Chemical Brothers lubiłem, ale ta płyta to zupełny odlot. Impreza z tą muzyką to sukces gwarantowany.
6) Joni Mitchell – Shadows And Light (1980) – jeszcze jeden koncert I powiem szczerze, wahałem się, czy wstawiać tę płytę do tej listy, bowiem jest to płyta raczej folkowo – jazzowa niż nawet rockowo-jazzowa, ale cóż wstawiłem i już. Przepiękne kompozycje grane przez doborową grupę muzyków jazzowych (Metheny, Pastorius, Brecker, Alias) i ten kapitalny śpiew Joni Mitchell – czego można chcieć więcej. Płyta – perła.
7) Eels – Beautiful Freak (1996) – na pewno wszyscy kojarzą ten zespół chociażby z tego powodu, że utwór z tej płyty "My Beloved Monster" ukazał się na ścieżce dźwiękowej w filmie Shrek, ale to nie z tego powodu umieściłem tę płytę w mojej dziesiątce. Piękne melodie i depresyjne teksty to znak rozpoznawczy tej płyty. Ktoś napisał, że ta płyta to pop – rock w alternatywnych ciuchach i coś w tym jest, ale jak miło się tego słucha. Polecam.
8) Frank Zappa – Hot Rats (1969) - płyta, którą obowiązkowo powinien mieć w swojej kolekcji każdy, bez względu na to, jakiej muzyki jest fanem. Dla mnie jest to jeden z kamieni milowych muzyki XX wieku i naprawdę traktuję "Hot Rats" na równi z takimi arcydziełami jazzowymi, jak "Kind Of Blue" Milesa Davisa czy "A Love Supreme" Johna Coltrane’a czy też dowolnym wielkim dziełem muzyki rozrywkowej. Nie będę tego udowadniał, ale posłuchajcie uważnie tej płyty, a przyznacie mi rację.
9) Velvet Underground & Nico (1967) – debiutancki album zespołu z Lou Reedem na czele pokazał, że rock może być sztuką przez wielkie S, cudowna mieszanka szlachetnego prymitywizmu i kakofonii („Run Run Run”, „Heroin”) i aksamitnych, zniewalających melodii („Sunday Morning”, „I’ll Be Your Mirror”), a dodatkowo ten złowrogi hym „All Tomorrow’s Parties”. Nie można zapomnieć i ostronie edytorskiej albumu ze słynnym bananem Andy Warhola.
10) Kratwerk – Minimum-Maximum (2005) – wahałem się, czy dopełnić tę listę tym zespołem, bo zdaję sobie sprawę, że być może nie zasługuje on na tak wielkie wyróżnienie, ale co tam. Ze względu na szereg oldskulowych przebojów takich jak „Man Machine”, „Autobahn” i „The Model”, czemu miałby się na tej liście nie znaleźć. Fajna jazda i szkoda trochę, że już tak teraz się nie gra.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)