Minimum słów, maksimum muzyki – tak kiedyś mówił Piotr Kaczkowski.
Więc ja też tak zrobię i w krótkich żołnierskich słowach podam kalejdoskop swoich fascynacji muzycznych tym razem stricte jazzowych.
10 najlepszych płyt - jazz (kolejność przypadkowa)
1) Miles Davis – Kind Of Blue (1959) – kamień milowy muzyki jazzowej, pisanie o tej płycie zawsze będzie miałkie w porównaniu z muzyką na niej zawartą. Nie można nie znać tej płyty i nie można się nią zachwycić. Skończone arcydzieło.
2) John Coltrane - Blue Train (1957) – we wszystkich encyklopediach jazzu na pewno na pierwszym miejscu znajdziecie "A Love Supreme" jako najwybitniejsze dzieło tego saksofonisty, ja jednak wolę tę hardbopową płytę z pięknymi kawałkami jak choćby „Moment’s Notice” lub „Lazy Bird”.
3) Ornette Coleman – Sound Grammar (2006) – Pierwsza płyta inicjatora free jazzu po 10 lat milczenia i co tu dużo pisać jest to po prostu arcydzieło. Tym bardziej niesamowite, iż artysta ten ukończył już 76 lat, a wymiata jak za najlepszych czasów. Towarzyszy mu w kreacji tej niezwykłej muzyki (zagranej na żywo na koncercie w Niemczech) nieco dziwny skład złożony z dwóch basistów: Grega Cohena i Tony'ego Falangę oraz perkusisty Denardo Colemana. Ciekawostką jest fakt, iż obaj basiści grają zupełnie odmiennie: jeden gra smykiem, a drugi szarpie za struny. Słysząc aplauz widowni zupełnie się nie dziwię. Dla mnie to najważniejsza płyta ostatnich paru lat.
4) Keith Jarrett – Standards Vol. 1 i 2 (1983) – to, że ten pianista zagrał na tych dwóch płytach standardy z perspektywy dnia dzisiejszego nie może budzić zdziwienia, a jednak wtedy Jarrett znany był z zupełnie innej i jakby tu powiedzieć bardziej progresywnej muzyki. Niemniej po prawie 30 latach od czasów jej nagrania muzyka ta się absolutnie nie zestarzała i nadal czuć tę trudno uchwytną magię. Dla mnie ta muzyka była wprowadzeniem w świat jazzu.
5) Zbigniew Namysłowski – Winobranie (1973) – dlaczego Namysłowski i ta płyta to już obszernie napisałem w recenzji tej płyty
6) Krzysztof Komeda – Astigmatic (1966) – największe osiągnięcie polskiego jazzu, nikt do tej pory tej płyty nie przebił. Po jej wysłuchaniu taka ocena płyty wydaje się jak najbardziej uzasadniona.
7) Ella Fitzgerald & Louis Armstrong – Ella & Louis (1956) – te dwa nazwiska powinny wystarczyć za rekomendację. Sądzę, że nawet tych ludzi, na których alergicznie działa słowo „jazz” powinni być usatysfakcjonowani.
8) Stan Getz & Jaoa Giberto – Getz/Gilberto (1964) – nie umieścić płyty na której znajduje się jeden z evergreenów wszechczasów - „The Girl From Ipanema” byłoby chyba przeoczeniem, tym bardziej, że ta płyta wraz z poprzedzającą ją „Jazz Samba” wykreowała modę na bossa novę. To również jest płyta, którą mogą posłuchać nawet najbardziej nieprzejednani wrogowie jazzu.
9) Sun Ra – Space Is The Place (1972) - (1972) – Sun Ra to jeden z najbardziej kontrowersyjnych muzyków jazzowych. Niektórzy uważali go za geniusza, inni za błazna. Bez wątpienia cokolwiek by sadzić o jego scenicznym image’u i dziwacznych poglądach, to był on jednym z największych twórców bigbandowego free jazzu. Ta płyta to odlot, ale odlot strawny nawet dla mniej wyrobionych słuchaczy czego nie można powiedzieć o setkach innych jego płyt, które nagrał.
10) Anthony Braxton – Creative Orchestra (Köln) (1978) – płyta awangardowa i nie powiem, żeby była przystępna dla słuchacza, ale jak przez nią przebrniecie i nie daj Bóg ją polubicie, to znaczy, że jesteście z jazzem na ty. Dla wymagających słuchaczy, ale naprawdę warto. Zwróćcie uwagę na taki początek ostatniego utworu na płycie. Brzmi to tak jakby grała jakaś prowincjonalna kapela strażacka. Bardzo fajne.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)