Mając w pamięci nie najlepszą jej poprzedniczkę – "Uninvisible", nie przystępowałem do słuchania tej płyty z nadzwyczajną ochotą i jakież było moje zaskoczenie.
Muszę zacząć od tego, że Medeski, Martin & Wood i ich muzyka pozostawiała mnie zawsze obojętnym, a zaskoczyli mnie tylko raz - świetną płytą i to w dodatku akustyczną – "Tonic". Zarówno poprzednie ich dokonania, takie jak "Combustication", "Shack-Man" czy też następne "Dropper" lub też wyżej wspomniana "Uninvisible" nie poruszyły mnie.
Zawsze stawałem wobec ich muzyki cokolwiek bezradny, gdyż nie wiem do tej pory, czy to, co grają MM&W, to grana na serio jazzowa muzyka, w której muzycy wykorzystują elektryczne instrumenty, czy też jest to muzyka pop, która jest grana przez muzyków o jazzowym rodowodzie i którzy ją tylko stylizują na muzykę jazzową dla zaspokojenia gustów bardziej wybrednych słuchaczy. Ten dylemat nie opuścił mnie po wysłuchaniu najnowszej płyty, niemniej jednak słucha się jej znakomicie i niewątpliwie jest to najlepsza płyta MM&W od lat, a przynajmniej od płyty "Tonic".
Na takie, a nie inne brzmienie muzyki wywarł prawdopodobnie duży wpływ jej producent, John King z The Dust Brothers, znany ze współpracy z Beckiem, Bestie Boys a nawet Rolling Stonesami. Muzyka wypełniona jest bezpretensjonalnym groovem, uzupełnionym licznymi smaczkami i ornamentami, takimi jak dziwne dźwięki jakby z gry komputerowej i wysamplowany chórek w "Anonymous Skulls", chór i pasaże Fendera Rhodesa, przypominające dokonania zespołu Air z muzyki do filmu "Virgin Suicides" w utworze tytułowym, rozwibrowana gitara i organy Hammonda w "Reflector", orientalnie brzmiące klawisze w "Bloody Oil", świsty i funkowa gitara w "New Planet", fortepian, latynoski klimat i odgłosy ptaków w tle w "Mami Gato", organy Hammonda i taka zabawna "francuska" melodia w "Shine It", tajemnicze, mroczne pogłosy w "Ice", gitara, saksofon i trąbka w "Sasa", ambientowe plamy dźwiękowe w "Midnight Puppies / Crooked Birds", beatowo brzmiąca gitara i klawisze jakby wyciągnięte z lamusa lat 60. w "Queen Bee". Nie wspomniałem o utworze "Curtis", bowiem na nim nic szczególnego się nie dzieje, ot takie typowe funkowe MM&W.
Przyznam, że dla mnie najlepszymi kawałkami na tej płycie, (chociaż muszę przyznać, iż jest ona bardzo równa i żaden z utworów nie odstaje wyraźnie od reszty, tak jak bywało na ich poprzednich płytach) są utwory "Reflector", "New Planet", "Sasa" i "Queen Bee" – absolutny hit tej płyty), w których sławnym MM&W towarzyszy na gitarze, Marc Ribot (tak, tak, ten sam od Zorna). Gośćmi MM&W w utworze "Sasa" są jeszcze dwaj panowie znani z Sex Mob - Steven Bernstein i Briggan Krauss, ale nie powiedziałbym, żeby ich obecność była dla tej płyty tak znacząca jak uczestnictwo w niej Marka Ribota.
Reasumując, trio MM&W zafundowało nam przyjemną, lekkostrawną muzykę, której z przyjemnością można wysłuchać. Nie lada to niespodzianka, tym bardziej, że chyba nikt tego po ich ostatnich dokonaniach nie oczekiwał. Mnie kupili tym dziwacznym melanżem groove'u, jakby ścieżki dźwiękowej z jakiegoś filmu z lat 70., ciekawymi przyprawami w postaci niebanalnych efektów specjalnych i brzmieniem gitary Marka Ribota. Chwała im za prostotę i bezpretensjonalność bijącą z tej płyty.
Kończąc zachęcam wszystkich do zapoznania się z tą płytą.
Medeski, Martin & Wood - End Of The World Party (Just In Case) (2004)
John Medeski - keyboards
Chris Wood - basses
Billy Martin - drums & percussion
Marc Ribot - guitar (3, 5, 10 & 12)
Steven Bernstein - slide trumpet (10)
Briggan Krauss - saxophone (10)


Komentarze
Pokaż komentarze