Znudziliście się gwiazdami, lub przesłuchaliście ich płyty tyle razy, że zaczynacie odczuwać znużenie, chcecie posłuchać czegoś świeżego, porywającego i delikatnie awangardowego. Ta płyta na pewno Was pobudzi i podniesie poziom Waszych emocji.
Przyznam, że twórczość autorska Gerry’ego Hemingwaya była mi dotychczas nieznana. Owszem słyszałem jego grę i podziwiałem w zespole Anthony'ego Braxtona, ale próbki jego talentu na własnych płytach nie zakosztowałem.
Ten album jest pierwszym, który słyszałem z jego wcale niemałej dyskografii, i od razu strzał w dziesiątkę – płyta niesamowita i poruszająca. Już, gdy na okładce ujrzałem skład zespołu, to przeszły mnie dreszcze, bo czy tacy muzycy, jak Ellery Eskelin, Ray Anderson i Mark Dresser (dwaj ostatni też terminowali u Braxtona) mogliby nagrać złą płytę. Raczej nie, ale to, co usłyszałem przeszło moje najśmielsze oczekiwania.
Świetna gra całego zespołu, fascynujące solówki instrumentów dętych, piękny walking basu, nieszablonowe zagrywki Hemingwaya na perkusji i do tego kapitalne utwory, w których możemy odkryć wszystko od free jazzu do bebopu (wszystkie skomponowane przez lidera z wyjątkiem "Gentle Ben" autorstwa Marka Heliasa).
Przyznam, że mam pewną słabość do brzmienia puzonu, a to, co zapodaje na tej płycie Ray Anderson – to z pewnością absolutne mistrzostwo gry na tym instrumencie, posłuchajcie choćby jego dynamicznej gry w "Full Off" lub tej bardziej stonowanej w "Gentle Ben". Po prostu majstersztyk. Zresztą jego gra to najbardziej pociągający element tej niezwykłej układanki, jaką współtworzą pozostali muzycy. Energia i entuzjazm, jaki przebija z muzyki zawartej na tej płycie może wręcz porazić słuchacza. Mnie przynajmniej absolutnie oszołomił ten "diabelski raj" i gorąco zachęcam wszystkim na wizytę w tym raju.
Tak na marginesie, wydała tę płytę wytwórnia portugalska (tak, tak) – Clean Feed, która, jak jest napisane na jej stronie internetowej, powstała z pilnej potrzeby do zmiany "szarej" portugalskiej sceny jazzowej i wydawania najbardziej kreatywnych międzynarodowych artystów. Tylko przyklasnąć takim inicjatywom, a gdy widzę, że wydają takich artystów Herb Robertson, Paal Nilssen – Love, Whit Dickey, to wzbiera we mnie ochota na uważniejsze przyjrzenie się płytom tej wytwórni. Na pewno przyda się konkurencja tak zasłużonym firmom jak HatHut Records czy Winter & Winter.
Gerry Hemingway - Devils Paradise (2003)
Gerry Hemingway - drums
Ellery Eskelin - tenor saxophone
Ray Anderson - trombone
Mark Dresser - double bass


Komentarze
Pokaż komentarze (1)