Pretekstów do napisania recenzji tego albumu jest aż nadto, bo po pierwsze jest to pierwsza autorska płyta tego gitarzysty, który notabene jest moim jednym z najbardziej ulubionych artystów, po drugie mija ponad 30 lat od jej wydania, po trzecie jest to jedna z najlepszych płyt Ulmera, a po czwarte jedna z najbardziej jazzowych w jego dorobku.
Mógłbym znaleźć jeszcze parę innych powodów, ale zdaję sobie sprawę z tego, iż lead recenzji nie powinien być dłuższy od właściwej recenzji. Przechodząc więc do sedna, tego co mi najbardziej doskwiera w tej płycie, to fakt, iż jest ona taka krótka. Nieco ponad 35 minut materiału muzycznego, to rzecz wielce niezadowalająca, ale całkowicie normalna w tamtych czasach. Wspomnijcie liczne płyty Zappy, które trwały mniej więcej tyle samo. Nie ma jednak co grymasić, gdyż krótkość (o ile można to tak określić) muzyki zdecydowanie przeszła w jakość naprawdę wysokiej klasy.
Na debiutanckiej płycie Ulmera są tylko cztery utwory i o każdym z nich można byłoby napisać małe rozprawki. Dla porządku trzeba wspomnieć, iż utwór tytułowy, który rozpoczyna tę płytę, znalazł się już rok później na chyba najbardziej znanym i osławionym albumie "Tales Of Captain Black", na którym udzielał się między innymi Ornette Coleman.
Od pierwszych chwil atakuje nas gitara Ulmera, wydająca takie dziwne plumkające dźwięki, do których już obecnie przywykliśmy, a które jak mogę sobie wyobrazić mogły wprawiać wtedy słuchaczy w zadziwienie, a nawet konfuzję u tych mniej przygotowanych na taki, co by nie mówić, nowatorski sposób gry na gitarze. Nie wchodząc, czy to co gra już od pierwszych chwil Ulmer, można nazwać harmolodic jazz (bez względu co miałoby to znaczyć, tak jak wiele innych określeń stylów muzycznych), to jest faktem, iż już ta pierwsza płyta zdefiniowała jego styl muzyczny na długie lata kariery i stała się jego znakiem rozpoznawczym.
Wracając do utworu tytułowego nie można nie wspomnieć, o tym jak fantastycznie sekunduje Ulmerowi w prowadzeniu akcji muzycznej saksofonista George Adams, który później wielokrotnie towarzyszył Bloodowi w takim efemerycznym zespole Phalanx.
W następnym utworze "Raw Groove" najpierw mamy do czynienia z perkusyjną introdukcją Douga Hammonda, a później przestrzeń wypełnia gitara Ulmera, którego wspomaga Adams takim romantycznym brzmieniem saksofonu. Niemniej to nie ci muzycy są bohaterami tego utworu, bo na plan pierwszy wysuwa się w pewnym momencie Cecil McBee wygrywający mięsiste solo na kontrabasie. Zresztą również Dougowi Hammondowi pozostali muzycy też dali nieźle pohałasować. Ciekawostką zarówno w tym utworze, jak i w ogóle na całej płycie jest taka trudna do wyrażenia czystość i klarowność brzmienia gitary Ulmera, która o ile się nie mylę, w dalszej części jego twórczości już się nie powtórzyła.
Kolejny utwór "Overtime" to popis niebywałej interakcji pomiędzy Ulmerem i Adamsem.
Tego naprawdę nie da się opisać, tego trzeba posłuchać. Tak nawiasem mówiąc, słuchając gry Adamsa, mogę wyrazić zdziwienie, dlaczego jest to tak mało znany i niedoceniany saksofonista, co zresztą udowodnił grając z w kwartecie z Donem Pullenem. Ich płyty chciałbym przy okazji polecić, a zwłaszcza wyśmienity podwójny album "Live at the Village Vanguard".
I wreszcie dochodzimy do przedwczesnego, moim zdaniem, finału w postaci takiej nietypowej ballady "Love Nest". Jest to utwór z gatunku "never ending story". Równie dobrze mógłby trwać 5 minut, czy 10 minut jak na płycie, ale i równie dobrze 20 czy 30 minut. Magiczna rzecz i taki spokój bijący z tej kompozycji od czasu do czasu przerywany spazmatycznymi dźwiękami basowego klarnetu. Czuć gdzieś tam gotującą się energię, która nie znajduje ujścia. Znakomite, choć tak nagle przerwane.
Warto sięgnąć po ten album. Zapewniam, że piękna muzyka, która wypełnia tę płytę nic nie straciła ze swojej oryginalności po upływie 30 lat.
James Blood Ulmer - Revealing (1977/ 1990)
James Blood Ulmer - guitar
George Rufus Adams - tenor sax
Cecil McBee - bass
Doug Hammond - drums


Komentarze
Pokaż komentarze