Od kilku lat śledzę poczynania tego znakomitego tria, jak również samego Ellery'ego Eskelina i muszę przyznać, że jakby nie była ciekawa pozostała twórczość artysty - a nagrywał w różnych składach ("The Sun Died" - Marc Ribot, Kenny Wollesen), "Vanishing Point" (Eric Friedlander, Matt Moran, Mark Dresser, Mat Maneri), "Ramifications" (z udziałem między innymi Joe Daleya i Erica Friedlandera) w duecie "Dissonant characters" (z Hanem Benninkiem) oraz solo "Premonition" - to idealnym medium dla jego artystycznych poczynań jest właśnie trio z Andreą Parkins i Jimem Blackiem.
Album zaczyna się dość niezwykle, nawet jak na tak nieobliczalnego twórcę, jakim jest Ellery Eskelin, bo od samby.
Świadczy o tym nawet ironiczny tytuł tego utworu "It's a Samba". Jeżeli jednak ktoś spodziewałby się po tym utworze samby w wydaniu, jakie znamy chociażby z płyt Getz/Gilberto, albo nieco przetworzonej samby jak "The Girl from Ipanema" na płycie Barondown "RAIsed Pleasure Dot", na której notabene występował Eskelin, to ten utwór będzie nie lada niespodzianką. "It's a Samba" jest najbardziej tradycyjną na płycie - w sensie konstrukcji - kompozycją.
Najpierw podany temat, później improwizacje zbiorowe, jak i poszczególnych muzyków, aby powrócić na końcu do tematu wiodącego. Zaczyna się bardzo spokojnie od melodii przypominającej zdeformowaną sambę, która następnie przechodzi w zwariowaną improwizację trójki muzyków, aż po sam finał tej ponad 13-minutowej kompozycji, czyli znakomite solo perkusyjne Jima Blacka.
Jeszcze tylko powrót do spokojnego motywu z początku utworu i przechodzimy bez żadnego wstępu do sola saksofonowego rozpoczynającego kolejny utwór "43 RPM". Solo Eskelina wspomaga perkusista grający z iście rockową werwą. Jednocześnie Andrea Parkins wydobywa z samplerów jakieś dziwne, zgrzytliwe dźwięki, pogłębiające wrażenie niekontrolowanego (kontrolowanego) chaosu. Sam Eskelin w tym utworze brzmi jakby był młodszym bratem Alberta Aylera.
Początek kolejnego utworu "Five Walls" to cicha introdukcja, pełna szumów i dziwnych dźwięków, granych przez Andreę Parkins na akordeonie i samplerach. Później dołączają do niej: Ellery Eskelin ze spokojnym, jakby zawieszonym w tle saksofonem i Jim Black, delikatnie punktujący swoich partnerów. Andrea w tym utworze tak często zmienia instrumenty, przechodząc od samplerów poprzez fortepian, na którym gra w pewnym momencie w stylu Cecila Taylora (oczywiście bez charakterystycznej dla niego dynamiki), aż po niemal klasycznie brzmiący akordeon. To utwór, w którym pozornie nic się nie dzieje, ale wystarczy uważnie się w niego wsłuchać, aby w pełni docenić klasę muzyków i całą gamę niezwykłych pomysłów. Jeżeli miałbym jakoś sklasyfikować styl tego utworu, to powiedziałbym ambient-jazz. Ale czy jest w ogóle coś takiego?
Utwór "For No Good Reason" jest kompozycją free jazzową, w której sola saksofonisty przerywane są krótkimi wtrętami Jima Blacka i oplatane podniosłymi dźwiękami fortepianu. Parkins gra tak, jakby wykonywała standard jazzowy, aby przejść do atonalnych dźwięków a la Cecil Taylor, a następnie wywołać samplerami zgrzytliwe plamy dźwiękowe. Co chwila pojawia się wiodący temat, który utrzymany jest w konwencji marsza.
"Half A Chance" - najpierw spokojne, rozwibrowane solo Eskelina. Dopiero po ponad 3 minutach dołączają się do niego Black, grający obsesyjne pętle perkusyjne oraz Parkins na przemian cicho zawodząca na akordeonie, to grająca pojedyncze nuty na fortepianie. Atmosfera stopniowo narasta aż do kontrolowanego zgiełku. Pod koniec brzmi przepiękny motyw, za który w głównej mierze odpowiedzialni są Eskelin grający wspaniałe solo i Andrea Parkins wspomagająca go chyba na organach Hammonda (a może to samplery).
"Arcanum Moderne" zaczyna się podobnie jak poprzedni utwór: delikatnymi, zwiewnymi frazami Eskelina, przez który następnie przebijają się świszczące samplery oraz kapitalne punktowe wejścia Andrei Parkins na fortepianie. Black jest prawie niesłyszalny, ale to tylko pozór, bowiem w głębokim tle słychać jego grę na talerzach. I tak jest do samego końca. Ciągnące się w nieskończoność, pełne powietrza i enigmatyczne frazy saksofonu Eskelina, dla którego kontrapunktem są wspaniałe pojedyncze dźwięki fortepianu. Ten utwór, jak i cała płyta, kończy się stopniowym zawieszeniem akcji muzycznej, najpierw przez fortepian, a później przez saksofon. Pozostaje cisza i jakieś dziwne szumy, szmery. Nie ma mocnego akcentu na koniec, wszystko kończy się jakimś niedopowiedzeniem.
Nie zmienia to faktu, że to naprawdę świetna płyta, która może stanowić całkiem dobry wstęp dla tych, co muzyki Eskelina jeszcze nie słyszeli. Ci, którzy obcowali już z tą muzyką, nie będą zawiedzeni. Wręcz przeciwnie, dostaną w ręce jedną z najlepszych płyt Eskelina.
Ellery Eskelin / Andrea Parkins / Jim Black - Arcanum Moderne (2003)
Ellery Eskelin - tenor saxophone
Andrea Parkins - accordion, piano, sampler
Jim Black - drums and percussion


Komentarze
Pokaż komentarze