Drugi album autorski Ulmera jest jedną z klasycznych płyt harmolodycznego jazzu i nie mam wątpliwości, że pozycją wybitną. Na płycie tej, chociaż wszystkie kompozycje są autorstwa Ulmera widać wyraźny wpływ prekursora tej muzyki, Ornette'a Colemana i nie pomniejszając wielkiego wkładu lidera w taki, a nie inny kształt tego albumu, o wiele bardziej sprawiedliwe byłoby traktowanie tego dzieła jako wspólnego tych dwóch wybitnych muzyków.
Na wstępie należałoby objaśnić, co to jest ten harmolodyczny jazz i tu posłużę się obszernym fragmentem artykułu Przemysława Psikuty "Ornette!" z Glissanda. Pełny tekst tego niezwykle ciekawego artykułu znajdziecie na stronie www.glissando.pl/index.php?s=czasopisma_opis&id=160&t=1.
"Określenie harmolodics jest skrótem od HARmony, MOtion i meLODICS. Według teorii Colemana rytm, melodia, harmonia i tempo znajdują się w pewnej równowadze. Każdy instrument funkcjonuje – w tym samym momencie – zarówno jako melodyczny, jak i rytmiczny. W ten sposób zaciera się klasyczne przeciwstawienie sobie dwóch grup instrumentów: melodycznych (klawiszowe, dęte, gitary) i sekcji rytmicznej. Dodatkowym założeniem jest, iż każdy z nich posiada swój charakterystyczny głos, swoją barwę, i w związku z tym powinien czerpać z najbardziej dla siebie naturalniejszej skali dźwięków. I to niezależnie od konwencjonalnych uwarunkowań tonalnych. W temperowanym systemie muzyki europejskiej interwały są sztuczne i w gruncie rzeczy niezbyt dokładne, dlatego Ornette’a interesują "dźwięki naturalne", naturalne interwały, naturalne oktawy. Zwraca na przykład uwagę na to, że oktawy wyznaczone przez alikwoty ulegają przesunięciu o pół tonu, wskutek czego, gdy zestawi się dwanaście oktaw jedna nad drugą, otrzyma się wszystkie tony skali temperowanej".
Tego właśnie możemy się spodziewać po "Tales of Captain Black". Pierwsze, co narzuca się po wysłuchaniu tej płyty, to jest znowu pytanie, dlaczego jest ona taka krótka (niespełna 33 minuty), ale to pytanie już zadawałem przy okazji recenzowania debiutanckiego albumu Ulmera "Revealing", który trwał tylko o 2 minuty dłużej.
Porównując te płyty, które przecież nagrane są w takim samym składzie, jeżeli chodzi o instrumentarium, nie sposób zauważyć jak dalece sposób gry poszczególnych muzyków może mieć wpływ na takie, a nie inne brzmienie zawartej na nich muzyki. George Adams, którego tak chwaliłem za grę na saksofonie na "Revealing" w porównaniu z Ornettem Colemanem, grał wręcz bardzo klasycznie. Ornette Coleman na tej płycie gra tak, jak zawsze grał i gra do tej pory. Jego krytycy zawsze twierdzili, że ten muzyk tak naprawdę nigdy nie umiał i nie umie grać, albo w najlepszym razie, że gra ciągle to samo, a dodatkowo nie słucha tego co grają inni jego partnerzy muzyczni Być może gra ciągle to samo, nie będę się spierał, ale przynajmniej dla mnie i jak sądzę dla wielu innych słuchaczy, jest w tej jego grze coś magicznego, a na pewno niepowtarzalnego.
Dla mnie Ornette Coleman to taki jazzowy odpowiednik wielkiego dinozaura rocka – zespołu The Rolling Stones. Wszyscy twierdzą, że ci niegrzeczni chłopcy grają ciągle to samo i nie rozwijają się, ale nadal oddziaływają na rzesze fanów i stanowią niedościgniony wzór długowiecznej formy muzycznej. Jakby nie patrzeć na grę Colemana, to nie będą nią zdziwieni, ci którzy słuchali takie jego płyty jak wcześniejszy niż "Tales" - "Dancing In Your Head", bądź późniejszy - nagrany wspólnie z Methenym "Song X".
Również inni muzycy występujący na "Tales Of Captain Black" grają znacząco inaczej niż ci towarzyszący Ulmerowi na "Revealing". Jaamaladeen Tacuma gra o wiele bardziej funkowo niż klasycyzujący Cecil McBee, nie zapominając, iż gra on na elektrycznym basie, a nie na kontrabasie. Podobna uwaga może również dotyczyć Denardo Colemana, który uprawia nieustanną galopadę na perkusji w porównaniu z subtelnymi zagrywkami Douga Hammonda.
Ciekawe jest też to, iż sam lider najmniej odróżnia się w swoim sposobie gry na gitarze w stosunku do tego co prezentował na "Revealing".
Samą zaś muzykę na "Tales Of Captain Black" w porównaniu z muzyką z "Revealing" można określić jako zupełnie pokręconą. Tam gdzie poprzednio, jakby nie patrzeć, muzyka była spójna, klarowna i stonowana, tak tutaj staje się szalona i nieprzewidywalna, tak, że nie sposób przewidzieć którą drogą muzycy podążą z każdą upływającą minutą. Zdarzają się piękne momenty harmonijnej gry zespołowej, jak w przypadku niezwykłego unisona gitary i saksofonu w "Moon Shines", ale są to rzadkie momenty. Tak więc ci, którzy nigdy nie słuchali tej płyty, muszą przygotować się na odbiór muzyki niepokojącej, cokolwiek nieprzyjaznej, szaleńczej i nieprzewidywalnej. Ciekawe, że nawet utwór tytułowy z "Revealing", który pojawia się jako ostatni na "Tales Of Captain Black", przez swoje rozwichrzenie brzmi bardziej ponuro i agresywnie.
Bardzo mocna płyta i obowiązkowa dla fanów Jamesa Blooda Ulmera, choć może być orzechem trudnym do zgryzienia dla kojarzących Ulmera wyłącznie z muzyką z jego ostatnich odsłon bluesowych - "Memphis Blood", "No Escape From The Blues" czy "Birthright".
James Blood Ulmer - Tales Of Captain Black (Artists House / DIW, 1979 / 1996)
James Blood Ulmer - guitar
Ornette Coleman - alto saxophone
Jaamaladeen Tacuma - electric bass
Denardo Coleman - drums


Komentarze
Pokaż komentarze (3)