Z tą płytą Ulmer zapoczątkowuje zwrot w swojej karierze muzycznej w kierunku wyjścia z ramy jazzu harmolodycznego i poszerzenia tego idiomu o elementy muzyki funk, rockowej, a nawet hard rockowej. O ile flirt z funkiem Ulmer zapoczątkował już na poprzednich płytach, to jednoznaczne wprowadzenie elementów muzyki rockowej do jego twórczości było jednak nowością.
W jakimś sensie już poprzednia płyta "Free Lancing" nie pozostawiała złudzeń, jaką drogą podąży Ulmer, niemniej w przypadku zmiany lub modyfikacji stylu u każdego z artystów zawsze rodzi się niepewność u słuchaczy, czy ta przemiana będzie krokiem w przód czy też w tył w dotychczasowej karierze.
Moim zdaniem, "Black Rock" udowodnił, że krok ten był potrzebny, bo dalsze brnięcie w eksploracji jazzu harmolodycznego mogło być drogą donikąd. Zdaję sobie jednak sprawę, że sporo wyznawców dotychczasowego "poważnego" stylu Ulmera mogło się poczuć rozczarowanymi.
Czego by nie powiedzieć o tej płycie, obojętnie czy byłyby to słowa aprobaty lub dezaprobaty, to niewątpliwie ten album ma taki lżejszy ciężar gatunkowy, a muzyka na nim zaprezentowana w porównaniu z poprzednikami jest jakby bardziej uproszczona. Czy jednak stanowi to wadę tej płyty, moim zdaniem - nie. Bowiem muzyka Ulmera, nie tracąc nic ze swojej żywiołowości, zyskuje na tej swojej pozornej prostocie przez co jej przekaz staje się o wiele klarowniejszy. Nie chcę oczywiście przez to powiedzieć, iż jest to opus magnum twórczości Ulmera, ale nie da się ukryć, iż na tej płycie Ulmerowi udało się znaleźć złoty środek pomiędzy graniem muzyki z samego założenia niełatwej, a podaniem jej w sposób przystępny nawet dla mniej osłuchanych słuchaczy.
Płyta zaczyna się od kompozycji "Open House" i bezpardonowego ataku gitarowego Ulmera, a następnie funkowo-rockowej orgii dźwięków. Bardzo mocny wstęp albumu. Jeszcze bardziej z rockiem, nie tylko przez tytuł kojarzy się następny utwór "Black Rock", który jest ostrym funkowym kawałkiem z elementami hard rocka, a nawet heavy metalu. W kolejnej kompozycji "Moon Beam" warto zwrócić uwagę na pięknie zdublowane partie fletu i saksofonu, które łagodzą przenikliwe dźwięki, które wydobywa Ulmer ze swojej gitary. Z kolei "Family Affair" zaskakuje gospelowym klimatem i bynajmniej nie tylko chodzi o śpiew Ulmera i wspomagającej go Irene Datcher. Prawdziwy hit na tej płycie. Żeby nie było jednak tak fajnie i przyjemnie, konwencję tę przełamuje "More Blood" - naprawdę bezkompromisowy, krwisty kawałek. Tytuł tego utworu jak najbardziej oddaje to co się na nim dzieje. Po tej dawce niezłej energii znowu uspokojenie przy takiej fajnej funkowo - rockowej balladzie "Love Has Two Faces", chociaż określenie tego utworu jako ballady jest trochę na wyrost, niemniej miło się tego słucha, a forma wokalna Ulmera musi budzić podziw. Ten facet naprawdę umie śpiewać. Ale czas powrócić na ziemię do jazz-rockowego "Overnight", gdzie skoczne solo na saksofonie altowym odstawia Sam Sanders. Niespodzianką w kolejnym utworze "Fun House" jest śpiew, a raczej melorecytacja Amina Aliego oraz zniekształcone elektroniką skandowanie Westona. Płytę kończy krótkie, jazz-rockowe "We Bop", w którym znowu udziela się Sam Sanders na saksofonie.
I to koniec, tej wielce ciekawej i zróżnicowanej płyty, a także bardzo przystępnej w porównaniu z tym co grał Ulmer poprzednio. Gorąco polecam to nagranie, choćby z uwagi na dwie zalety: należy ono z jednej strony do tych najbardziej energetycznych, a z drugiej bo łatwo i przyjemnie się go słucha.
James Blood Ulmer - Black Rock (Columbia 1982)
James Blood Ulmer - guitar, vocal (2,4,6)
Amin Ali - electric bass, backing vocals (2), lead vocal (8)
Ronald Drayton - rhytm guitar (except 5,8,9)
Grant Calvin Weston - drums, backing vocals (8)
Cornell Rochester - drums (1,3,5,6,7)
Sam Sanders - flute (3), tenor sax (3, 9), alto sax (7)
Irene Datcher - vocal (4,6)


Komentarze
Pokaż komentarze