Mam ciężki zgryz z tą płytą Ulmera, bo jest ona powszechnie chwalona i stawiana jako jedno z największych dokonań gitarzysty, co stawia moją umiejętność słuchania i wrażliwość w nieco dziwnym świetle, bo nie przepadam za tym albumem. Dlaczego ta płyta mi nie wchodzi, nie potrafię tego tak do końca wyjaśnić, ale cóż spróbuję ją opisać na tyle obiektywnie na ile się da.
Lubię dziwne składy, choć nie zawsze efekt zestawienia takich, a nie innych instrumentów, jest udany i satysfakcjonujący. Na "Odyssey" skład jest minimalistyczny (gitara, skrzypce, perkusja), ale zapewniam, że braku basu lub instrumentów dętych się nie odczuwa.
Grający muzycy są na tyle wytrawni, że wypełniają swoją grą całą przestrzeń dźwiękową. Oczywiście największa w tym zasługa Ulmera, którego gra na gitarze pokrywa zarówno partie solowe, jak i partie nieobecnego na tej płycie basu. Ulmer kontynuuje dalej to co już robił na "Free Lancing" oraz "Black Rock", czyli mieszanie różnych gatunków muzycznych od funku, rocka, jazzu aż po blues.
Z tym, że różne odcienie bluesa zaczynają na "Odyssey" odgrywać coraz bardziej znaczącą rolę w porównaniu z poprzednimi albumami i bynajmniej nie chodzi o jednoznacznie bluesowy "Please Tell Her", choć co prawda ten blues przełamany jest jednak zatracającym o country brzmieniem skrzypiec. Bluesa wyraźnie odczujemy w "śpiewanych" utworach takich jak "Little Red House" i "Are You Glad To Be In America?", choć jest on nieco ukryty za - nazwijmy to - specyficznym, harmolodycznym brzmieniem gitary. W tym miejscu nie można wspomnieć jak dalece ta wersja "Are You Glad To Be In America?" różni się od tej z płyty o tym samym tytule.
We wkładce znajduje się notka autorstwa Billa Milkowskiego. Próbując opisać to, co gra Ulmer i jego zespół, określił otwierający płytę utwór "Church", który notabene znajdziemy w różnych interpretacjach na niejednej płycie Ulmera, jako skrzyżowanie Johna Lee Hookera i Mahavishnu Orchestra.
Być może nie jest to najtrafniejsze porównanie, ale w jakimś stopniu obrazuje problem z jakim musi borykać się każdy, kto próbuje oddać, to z jaką muzyką ma do czynienia. Gdy dołożymy do tego misz maszu gitarowe boogie w zamykającym płytę "Swing & Things", to i tak będziemy dalej niż bliżej zrozumienia, o co w tym wszystkim chodzi.
Opisując to nagranie grzechem byłoby nie wspomnieć o dwóch towarzyszących Ulmerowi muzykach: skrzypku Charlesie Burnhamie i perkusiście Warrenie Benbow, tym bardziej, że wspólnie z Ulmerem nagrają jeszcze później cztery płyty.
Charles Burnham grając na skrzypcach wah wah i wypełniając przestrzeń, zarezerwowaną dla basu i fortepianu, czasami tworzy tylko tło dla gitarowych harców, ale czasami wysforowuje się na pierwszy plan onirycznymi pasażami.
Warren Benbow zaczynał od współpracy z Betty Carter, a więc daleko od klimatów, które proponował Ulmer, ale jego gra jest bardziej zdyscyplinowana i nie tak rozwichrzona jak np. Westona lub Ronalda Shannona Jacksona i świetnie współgra z szalonymi eskapadami skrzypiec i gitary.
Dlaczego więc, mam wątpliwości i jakoś mi muzyka na tej płycie nie do końca się podoba - nie mogę, a w zasadzie nie umiem wyjaśnić. Czasami chyba każdy słuchacz ma taki zgryz, nie wie za bardzo do czego się przyczepić, ale muzyka na danej płycie jakoś mu nie leży. Tak jest właśnie ze mną w przypadku "Odyssey".
Niemniej innym słuchaczom ten album może się bardzo podobać i jestem w stanie to zrozumieć. Czego by nie mówić, Ulmer nie stoi w miejscu. Proponuje inny skład instrumentalny, wyraźnie wkracza na terytorium bluesa i nie można powiedzieć, że ta próba jest nieudana.
James Blood Ulmer - Odyssey(CBS / Sony, 1983 / 1995)
James Blood Ulmer - guitar, vocals
Charles Burnham - violin
Warren Benbow - drums
1.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)