Z trójki artystów występujących na tej płycie znany był mi jedynie dorobek pianisty Simona Nabatov, a takie jego płyty „The Master And Margarita” bądź „Sneak Preview” znajdują poczesne miejsce w mojej muzycznej biblioteczce.
Franka Gratkowskiego usłyszałem po raz pierwszy na płycie Herba Robertsona z braćmi Olesiami „Live At Alchemia”, ale jako, że nie był pierwszoplanową postacią, to jakoś niespecjalnie go kojarzyłem.
Później usłyszałem go po raz kolejny na płycie „The Flume Factor”, tym razem w roli lidera.
Nie mogę powiedzieć, żebym padł na kolana słuchając jego gry.
Natomiast o trzecim artyście czyli Marcusie Schmicklerze nie miałem zielonego pojęcia, kto zacz.
Nazwiska artystów nie decydowały więc o wyborze płyty do recenzji.
Tu pozwolę sobie na taki mały osobisty wtręt.
Czasami zdarza się mi, ale chyba tak samo mają inni, że o zakupie płyty, bądź też chęci zrecenzowania jej, nie odgrywa w pierwszej kolejności jakość muzyki zaprezentowanej na płycie, ale nazwisko artysty.
Podam parę przykładów takich artystów, którzy działają na mnie wręcz magnetycznie i są nimi: Wayne Shorter, Tomasz Stańko, Adam Pierończyk, Frank Zappa.
Każdą ich płytę kupię, choć wiem, że częściej mnie zawiodą niż wzruszą.
Recenzowanie płyt artystów, do których ma się taki szczególny stosunek emocjonalny, pomaga i przeszkadza, ale to raczej temat na inną dyskusję.
Wracając do płyty „Deployment”, to nie miałem z nią takich problemów, bowiem żywsze bicie serca towarzyszyło wyzwalało tylko nazwisko Simona Nabatova,
Nie mogę nie wspomnieć o okładce płyty, która od razu usposobiła mnie przychylnie do tej płyty.
Czarno – biała fotografia przedstawiająca mężczyznę siedzącego na krześle i szkicującego jakiś obraz i stojący pod drzewem czołg w pełnej gotowości bojowej w kontekście militarnego tytułu płyty może wywołać uśmiech na twarzy.
Płyta zaczyna się spokojnie takimi ambientowymi szumami i szmerami za które, jak można sądzić, jest odpowiedzialny Marcus Schmickler, ale później dołączają do niego najpierw Simon Nabatov grający na jakby zdezolowanym fortepianie, który nazwany jest preparowanym w opisie płyty oraz Frank Gratkowski z klarnetami i saksofonem.
Ten leniwy początek jest zmyłkowy, bo już w części 2 utworu „Allocation” (24 – minutowego improwizowanego setu podzielonego umownie na płycie na 4 części) rozpętuje się istne freejazzowe piekło.
Po nim znowu muzycy serwują nam chwilę (3-minutową 3 część „Allocation”) ciszy, spokoju i zadumy, pobrzękiwania chyba fortepianu, choć może to dźwięki wydobyte z komputera, któż to wie.
Tak czy owak brzmi jak jakieś chińskie misterium, przynajmniej mi się tak to kojarzy.
Bardzo fajny fragment płyty, wręcz uroczy.
Słuchając ostatniej, czwartej i najdłuższej części „Allocation” można mieć wątpliwości czy mamy jeszcze do czynienia z jazzem czy z muzyką konkretną pomieszaną z elektronicznymi koncepcjami Karlheinza Stockhausena.
Mnie się to podoba, ale jak innym słuchaczom jazzu, to już mam poważne wątpliwości.
Łagodniej już nie będzie, bo już w utworze „Cluster” Gratkowski atakuje jest frenetycznymi pasażami saksofonu, dla którego tłem jest dysonansowo brzmiący fortepian, i świsty komputerowe wytwarzane przez Schmicklera.
Brzmi to wszystko ostro i nieprzyjaźnie, ale całkiem całkiem interesująco.
Równie złowrogo wypada kolejny utwór „Instance” i dopiero kończący płytę „Node” przynosi ukojenie, choć ostatnie dwie minuty to jak słynne „Weasels Ripped My Flesh” Franka Zappy.
Reasumując, płyta niełatwa i wymagająca sporej uwagi od słuchacza, ale powiedzmy sobie szczerze, czy Leo Records nie słynie właśnie z takich bezkompromisowych i nie schlebiających nikomu muzycznych dzieł.
Gratkowski/ Nabatov/ Schmickler – Deployment (Leo Records, 2010)
Frank Gratkowski (alto saxophone, clarinet)
Simon Nabatov (piano)
Marcus Schmickler (computer)
1-4 Allocation
5 Artifact
6 Cluster
7 Instance
8 Node


Komentarze
Pokaż komentarze