44 obserwujących
209 notek
259k odsłon
331 odsłon

Nowy album DREAM THEATER, po prostu DREAM THEATER

www.progrockmag.com
www.progrockmag.com
Wykop Skomentuj9

 

Jednym ze skojarzeń do nazwy Dream Theater, które posiadam jest fraza: dobre czasy. Nie sposób jest dla mnie słuchać Dreamsów i myśleć bez pryzmatu minionych lat. Moje zainteresowanie muzyka piątki nowojorczyków budziła już kiedy miałem lat naście, a szerzej z dokonaniami zespołu zapoznałem się nieco później, na studiach a już w czasach pobytu w akademiku, dokonała się prawdziwa progmetalowa ekspansja. W akademiku trafiło się towarzystwo z niezłym dostępem do dobrej muzyki (starej i nowej), także było o czym rozprawiać i czego słuchać wieczorami, i nocami też. Trudno się zatem dziwić, że skojarzenia są przyjemne bo zawsze miło powspominać, choćby jak latało się od głośnika do głośnika wsłuchując się w dźwięki wydawane przez instrumenty nowojorczyków. Od tamtych czasów, czyli przeszło dekadę, na każdą płytę Dream Theater oczekuję w napięciu i odpalam z wypiekami na twarzy. Jakie są dalsze reakcje w trakcie słuchania to już inna sprawa.
Nim Dream Theater nagrał trzynastą (jeśli wliczyć w to wydawnictwo Change of Seasons) w swojej historii płytę studyjną, miał na koncie trzy wydawnictwa, które spokojnie mogą uchodzić za opus magnum dokonań kwintetu. Czym jeszcze mogą zaskoczyć jedni z najwybitniejszych przedstawicieli progmetalu, jeśli w dorobku mają takie dzieła jak Images and Words, Metropolis part 2: Scenes from Memory czy Train of Thought. Płyty wydane po ostatnim z wymienionych albumów trzymały poziom, jedne są nieco lepsze, inne nieco gorsze, mimo że muzycy zdawali się być w dobrej formie, to jednak nie porywały. Niestety podobnie jest z najnowszym dziełem Petrucciego i kolegów. Niestety bynajmniej nie oznacza jednak, że Dream Theater jest słabą płytą, choćby dlatego, że grupa jak zawsze prezentuje poziom niedostępny dla pozostałych śmiertelników. Utwory są długie, ale nie nadmiernie, tradycyjnie dużo się w nich dzieje, pełne są karkołomnych solówek Petrucciego czy Rudessa, a i głos LaBrie z wiekiem brzmi coraz lepiej. 
Po baśniowo-metalowym wstępie dalej jest, można by rzec, klasycznie. Singlowy motor The Enemy Inside, dobry na właściwy początek albumu, później nieco słabiej, The Looking Glass i instrumentalny Enigma Machine, trochę mam wrażenie zrobiony na siłę i siłą wepchnięty do zestawienia, następnie znów forma w górę, pomnikowy The Bigger Picture. W dalszej części znów solidnie granie ale bez wybitnych wzlotów. Naprawdę dużo dobrego i ciekawego dla ucha dzieje się w zamykającej dzieło suicie Illumination Theory, gdzie mamy i bajkę, i tajemnicę (klimatu nie powstydziłby się choćby Hans Zimmer), i kawał niezłego metalu oraz fantastyczną partię wokalną LaBrie. A na koniec dla cierpliwych prawdziwa perełka. Bardzo jasnym punktem, dla mnie chyba najjaśniejszym jest perkusja; tym albumem, Mike Mangini definitywnie udowodnił, że nie ma ludzi nie do zastąpienia, a nieobecność imiennika Portnoya może przejść niezauważona.

Najwierniejszym fanom i przyzwyczajonym do poziomu najwybitniejszych longplayów zabraknie na Dream Theater takich utworów jak Learnng to Live, Voices, Endless Sacrifice, czy In the Name of God, nie ma też arcymistrzowskich miniaturek w rodzaju Wait for Sleep. Ale jest to mimo wszystko bardzo dobra płyta, która jak to często bywa zyskuje przy bliższym poznaniu, a także momentami potrafi przywołać dość sporo przyjemnych wspomnień z przeszłości, jak w moim przypadku. W skali pięciogwiazdkowej, muzykom należy się całkiem solidne cztery.

 

 

 

Wykop Skomentuj9
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale