NASTĘPCA NOWAKA JEZIORAŃSKIEGO NIE ŻYJE
W Krakowie, w wieku 92 lat zmarł Zygmunt Michałowski. Był drugim w kolejności, po Janie Nowaku Jeziorańskim, dyrektorem Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa. Do zespołu dziennikarzy RPRWE kompletowanego przez Jana Nowaka Michałowski trafił w 1954 roku. Od 1970 był zastępcą dyrektora. Zespołem polskim Zygmunt Michałowski kierował od 1976 do 1982 roku. Po opuszczeniu Monachium osiadł w Belgii. Ostatnie lata swego życia spędził w Krakowie.
Nie było mi sądzone pracować w RP RWE za rządów Michałowskiego. Trudno mi więc oceniać jakim był dyrektorem. Przetrwały w mojej pamięci korytarzowe opowieści, ale ich treść różniła się w zależności od tego z czyich ust i wyobraźni one pochodziły. Wiem jedno, zastanawiało mnie to często, Zygmunt Michałowski wraz z odejściem ze stanowiska dyrektora sekcji polskiej, jakby całkowicie odciął się od radia i zespołu. Na palcach jednej ręki byłbym w stanie dzisiaj przypomnieć zdarzenia w których uczestniczył był Zygmunt Michałowski. Być może o takim zachowaniu zdecydowała wszędobylska postać Jana Nowaka Jeziorańskiego. Być może poczuł się na tyle zmęczonym, pracą, ludźmi i atmosferą , że pozostawanie poza środowiskiem i instytucją było świadomym wyborem na czas emerytury.
Osobiście Zygmunta Michałowskiego poznałem w szczególnych okolicznościach. Szczególnych dla mnie. Był sierpień 1981 roku. Od kilkunastu miesięcy wiodłem żywot emigranta o statusie politycznym w Szwecji. W Polsce rosła w siłę Solidarność. Ja miałem już pierwsze publikacje w prasie emigracyjnej. Nawiązałem także niezwykle sympatyczny kontakt z Janem Nowakiem Jeziorańskim. To zaowocowało zaproszeniem n a rozmowę kwalifikacyjną do radia w Monachium. Z drżeniem serca i wewnętrznymi emocjami jakie targały mną ze względu na sam szyld instytucji oraz na ludzi których głosy znałem jako słuchacz , szedłem alejkami Ogrodu Angielskiego w kierunku radia.
Z portierni odebrał mnie ówczesny dyrektor administracyjny Mierzanowski i po załatwieniu formalności przekazał mnie zastępcy Michałowskiego , autorowi programów o wsi i dla wsi, Tadeuszowi Chciukowi, Celtowi. Znałem go z anteny jako Lasotę. Po krótkiej, pełnej kurtuazji rozmowie, Celt zaprowadził mnie do redakcji dziennika, gdzie wręczono mi kilka depesz w języku angielskim , wskazano maszynę do pisania i poproszono o ułożenie na podstawie depesz, kilku drobnych informacji. Obok mnie grupka, pełniących akurat dyżur w dzienniku, redaktorów rozprawiała o powstałej sytuacji politycznej w Polsce. Pamiętam, że Andrzej Chomiński – poznawałem po głosie – przekonywał dwie pozostałe osoby, o tym, że Rosjanie i tak w końcu do Polski wejdą i swoimi metodami zaprowadzą spokój. Próbował nawet mnie pytać o zdanie , ja jednak stremowany do granic przyzwoitości, nie miałem sił w tę dyskusję się włączać.
Wkrótce ponownie pojawił się Celt. Wziął moje wypociny do ręki, rzucił na nie okiem i
krótko oświadczył: idziemy do dyrektora. Pan Michałowski chciałby Pana poznać i zamienić z panem kilka słów.
Szedłem korytarzem na pierwszym piętrze jak na skazanie. Weszliśmy do gabinetu. Celt wyszedł. Ja zostałem sam na sam z rozpartym w dyrektorskim fotelu i wyciągniętymi niemal na biurko / jak to czasami widzimy na filmach amerykańskich/ nogami. Po jakichś zdawkowych zdaniach na wstępie, Michałowski zapytał mnie: Jak pan uważa, co pan sądzi , jak należy teraz postępować, by tę Polskę zmienić, naprawić?
Zaskoczył mnie. Nie byłem na takie pytanie wprost przygotowany. Odpowiedziałem więc to o czym byłem od dawna przekonany. Panie dyrektorze , ja nie widzę sposobów, którymi można by cokolwiek w Polsce naprawiać. Tam trzeba zburzyć wszystko to co jeszcze przedłuża agonię systemu gospodarczego i politycznego i dopiero na tych gruzach budować wszystko od podstaw, na nowo.
Z miny i gestów, nie byłem w stanie cokolwiek wysondować. Kiedy jednak po tym moim zdaniu, stwierdził jakby całkowicie obojętnie : Ach taak… , i szybko zmierzał do zakończenia rozmowy ze mną, czułem, że nie tego ode mnie oczekiwał.
W gmachu radia przebywałem jeszcze przez dwa kolejne dni. Michałowskiego już nie spotkałem. Celt właściwie wykazywał sympatie i zainteresowanie moją osobą na tyle, bym chciał przynajmniej współpracować z nimi.
Przez kilka kolejnych tygodni oczekiwałem na jakąś konkretną odpowiedź w sprawie ewentualnej, przyszłej pracy. Zamiast gwarancji pojawiały się kolejne przeszkody i trudności. Pod koniec 1981 roku otrzymałem list podpisany przez Mierzanowskiego informujący mnie, że niestety ale obecnie nie ma szans na to, abym mógł otrzymać w RP RWE w Monachium pracę.
Na początku 1982 roku Michałowskiego zastąpił Najder. Wysłuchał słów Chciuka Celta i zaproponowano mi pracę. W Monachium zjawiłem się w październiku 1982 roku. Wkrótce opowiedziano mi, że Zygmunt Michałowski po moim pobycie i krótkiej rozmowie ze mną, otoczeniu swojemu przekazał, że w zespole polskim jest wystarczająco wielu ekstremistów. Nie ma zamiaru angażować kolejnych.
Przy pierwszej okazji, kiedy spotkałem się na jakiejś uroczystości radiowej z Zygmuntem Michałowskim podszedł do mnie, przywitał się i z uśmiechem na twarzy oświadczył: Co do Pana się pomyliłem. Słucham pana na antenie. Nowak i Celt mieli rację kiedy przekonywali mnie by Pana przyjąć.
Zygmunta Michałowskiego wspominam więc z wielką sympatią. Być może w kwestiach politycznych był zbyt ostrożny. Spostrzegli to Amerykanie. Musiał odejść.
Z pięciu dyrektorów RP RWE w Monachium żyje tylko Zdzisław Najder.
Aleksander Świeykowski


Komentarze
Pokaż komentarze (2)