Ostatni weekend spędziłem w Pułtusku. Wbrew pozorom wyprawa na Mazowsze była dla mnie wycieczką niemal egzotyczną. Dolina Narwi leży dalej od Wrocławia niż Berlin lub Praga, w dodatku dotarcie do niej jest czasem trudniejsze i bardziej męczące niż zagraniczne podróże.
Zresztą, dla człowieka urodzonego i wychowanego na tzw. „ziemiach odzyskanych”, „stara” Polska (a zwłaszcza ta będąca dawnym zaborem rosyjskim) wydaje się czasem być niemal zagranicą. Coś jednak musi być w marksowskiej opinii, iż byt kształtuje świadomość. Przyzwyczajony do pruskiej architektury śląskich miast czuję się nieco dziwnie na ternach, gdzie Niemcy najwyżej burzyli, ale nic nie budowali. Zabytkowe domy w mazowieckich miejscowościach wydają mi się całkiem obce. A przecież wznoszono je w typowym polskim stylu.
Ciekawe, czy osoby ze wschodniej Polski przybywając w moje okolice też mają takie poczucie lekkiego zagubienia? W każdym razie ja, Ślązak w Księstwie Warszawskim, czułem pewną różnicę. Takie niesprecyzowane dokładnie uczucie.
***
Dlaczego Ślązak, ktoś może spytać. Przecież nie pochodzę z Katowic lub innego Bytomia. Otóż wyjaśniłem tę kwestię we wpisie na blogu w portalu dolnyslask24.info:
Irytuje mnie maniera nazywania Ślązakami wyłącznie mieszkańców Katowic i okolic. Śląsk to historyczna kraina rozciągająca się od Zgorzelca po Mysłowice. A jej stolicą jest Wrocław. Tymczasem obecne województwo śląskie jeszcze na początku XIX wieku było ugorami na granicy Małopolski i Śląska właśnie.
Przez lata, z powodu różnych uwarunkowań, utrwalił się podział na Dolny Śląsk, Śląsk Opolski i Górny Śląsk. Jednak tylko ta ostatnia cześć istnieje w polskiej świadomości jako odrębna kraina. Mieszkańcy Wrocławia, Legnicy lub Wałbrzycha pozostawali nieokreśleni.
Oczywiście wpływ na taki stan rzeczy miała „wędrówka ludów” po II wojnie światowej. Dawnych Ślązaków z nadodrzańskich i sudeckich miast zastąpili przesiedleni Polacy. Lecz podobne zjawisko wystąpiło na północy kraju, a nikt nie nazywa mieszkańców Szczecina „Zachodniopomorzanami”.
Czas by Wrocław upomniał się o swoją historyczną rolę. Porzućmy sztuczny twór jakim jest termin „Dolnoślązak” i powiedzmy dumnie: „Jesteśmy Ślązakami!”.
***
A dlaczego „Księstwo Warszawskie”? Cóż, moje refleksje odnoszą się raczej do terenów zwanych kiedyś „Kongresówką”, lecz kontekst mojego wyjazdu narzuca poniekąd terminologię z czasów napoleońskich. Udałem się bowiem do Pułtuska na ślub polsko – francuskiej pary. Miejsce zawarcia związku małżeńskiego nie zostało wybrane przypadkowo. Nazwa Pułtuska jest wyryta na Łuku Triumfalnym w Paryżu – odbyła się tam w 1806 jedna z większych bitew epoki. Możecie mi wierzyć, lub nie, ale dlatego właśnie rodzina pana młodego (Francuza) zdecydowała się na to miasto. Kult Cesarza trwa mimo upływu dwóch wieków. I słusznie.
***
Wraz z wzrastającą liczbą kierowców oraz samochodów podróże przez Polskę stają się coraz bardziej wyprawami ekstremalnymi. Każde z nas to dobrze wie. Nie zamierzam znów narzekać na stan naszych dróg, ale zwrócić uwagę, iż nie one są główną przyczyna wypadków. Prawdziwe żniwo śmierć zbiera w naszym kraju dzięki głupocie. Tysiące ludzie giną w Polsce z powodu debilizmu własnego, lub (co gorsza) cudzego. Jakość dróg nie ma tu nic do rzeczy. Jeśli kiedyś powstaną mityczne autostrady to Polacy będą się na nich tak samo zabijać. Na tzw. „gierkówce” (drodze szybkiego ruchu Katowice – Warszawa) kierowcy wyczyniają cuda. Najpowszechniejsze jest wyprzedzanie z prawego pasa, w dodatku bez migacza. Debile jeżdżą byle szybciej, slalomem między innymi autami. Przepisy, ograniczenia – po co to? Gdyby chociaż zabijali tylko siebie, ale zwykle giną przez nich niewinni.
Oczywiście głupota jest równomiernie rozmieszczona w całym kraju. Dawne granice zaborów nie mają tu nic do rzeczy.
***
Najdziwniejsze w „starej” Polsce jest to, iż niektóre rodziny mieszkają w swoich miejscowościach „od zawsze”. U nas każdy skądś przyjechał. Na cmentarzach nikt nie ma grobów pradziadków. Na Śląsku rosną już kolejne pokolenia, dla których ta kraina będzie prawdziwą i jedyną małą ojczyzną. Musimy jednak ciężko i długo pracować by stworzyć lokalną tożsamość.
Pułtusk akurat nie jest całkiem dobrym przykładem na wielowiekowe trwanie tej samej tradycji. Przed wojną większość jego mieszkańców stanowili Żydzi. Nic po nich nie pozostało, tylko jedna skromna tablica. Zostali zastąpieni przez Polaków napływających z okolicznych miejscowości. Poniekąd więc Pułtusk też jest „ziemią odzyskaną”.
Niemniej jednak historia Pułtuska to nie tylko Żydzi. To miasto ma tysiącletnią historię. I przez te wszystkie wieki dzieje grodu nad Narwią związane były z Polską (z mojej perspektywy to naprawdę dziwne).
***
Przez krótki moment Pułtusk wkroczył też do historii Francji. Po bitwie z 26 grudnia 1806 roku do miasta przybył sam Napoleon. Spędził ostatnie dni starego, i pierwsze nowego, 1807 roku w kamienicy na rynku. To właśnie wówczas, wizytując zimujące w okolicy wojska, spotkał w Jabłonnej Marię Walewską. Także w tym czasie przystał na koncepcję polskiego państwa. Kto wie, może pierwsze plany Księstwa Warszawskiego (którego 200-lecie właśnie obchodzimy) powstały w Pułtusku?
***
To nie jest blog osobisty więc nie zamierzam rozwodzić się nad szczegółami ślubu i wesela. Muszę jednak wspomnieć, iż bawiąc się z francuskimi gośćmi na pułtuskim zamku (Napoleon w nim nie mieszkał z powodu ówczesnej dewastacji budynku) nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że oto wróciły czasy Księstwa Warszawskiego: Francuzi oraz Polacy tańczą razem i nikt nikomu nie każe siedzieć cicho.
***
Wracałem oczywiście przez Warszawę (w naszym kraju przecież nie ma obwodnic). To miasto najbardziej polskie ze wszystkich, ale może dlatego lekko mnie przerażające. Nie zrozumcie mnie źle – uwielbiam stolicę, znam bardzo dobrze jej historię, a zwłaszcza powstania warszawskiego. I to powód mego przestrachu. Nie wiem jak ludzie potrafią tak normalnie żyć w mieście będącym jednym wielkim pomnikiem naszych dziejów. Wrocław jest tak naprawdę pozbawiony historii – i dlatego żyje się w nim lekko. W Warszawie człowieka przygniata ciężar wieków. Ale wiem, nie każdy myśli w ten sposób.
***
Jadąc w kierunku Wrocławia mija się przy drodze liczne pomniki upamiętniające walki z 1939 roku. Tomaszów, Piotrków – tędy Niemcy szli na Warszawę. W ogóle nagromadzenie wojskowych monumentów jest na Mazowszu ogromne. Nic dziwnego – te ziemie przez wieki były jednym wielkim polem bitwy. Podobnie zresztą jak cała obecna Polska. Tylko, że tu walczyli Polacy, i tutaj trwa pamięć. To też różnica – na Śląsku „polskich” bitew było niewiele. W każdej wiosce stoi za to obelisk z wyrytymi, obco brzmiącymi nazwiskami. To polegli w Weltkrieg 1914 – 1918.
***
I jeszcze jedna rzecz – na Mazowszu jest mnóstwo znaków „Uwaga krowy” (żółty trójkąt z czarną krową). U nas tak nie ma. A krów wcale nie mniej.


Komentarze
Pokaż komentarze (8)