Życie jest piękne ale zawsze na koniec przynosi tragiczną pustkę, ból i żałobę. W kraju zawrzała dyskusja na temat proponowanego zadośćuczynienia dla rodzin ofiar katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem. Każdemu z dzieci, żonie i rodzicom ofiary należy się 250 tysięcy złotych. W Polsce nienawykłej do odszkodowań suma ta wywołuje szok. Jedni nie mają na chleb, drugim pieniądze spadają z nieba.
Jeśli zmarły w katastrofie pozostawił siedmioro dzieci, żonę i swoich rodziców, to z pieniędzy podatników zadośćuczynienie wyniesie 2,5 miliona złotych. To nie zamyka drogi staraniom o stypendia, o inne odszkodowania. Ludzie krzyczą w rozgłośniach radiowych i stacjach telewizyjnych oburzeni takim obrotem sporawy. Powiadają, że jak zginie w wypadku samochodowym ojciec mający na utrzymaniu rodzinę, to rząd obcina o dwa tysiące złotych koszty jego pogrzebu. Kiedy ginie poseł, działacz partyjny, czy polityk – wtedy sypie się grad pieniędzy. Inni mówią, że tak powinno być, że proponowana suma w skali światowej jest żenująco niska.
Ludzie pytają, dlaczego pasażerowie Tupolewa 154 nie byli ubezpieczeni? Tylko para prezydencka miała ubezpieczenie. Kiedy Marta Kaczyńska otrzymała z tego tytułu 3 mln złotych niektórzy byli gotowi rozdeptać ją z nienawiści.
Nie mam nic przeciwko odszkodowaniom. Z jednym zastrzeżeniem. Niech za swoje nieudolne decyzje winni podobnych tragedii płacą z własnej kieszeni.
To bardzo przykre, że musimy o tym pisać i publicznie się wykłócać. Komu zależy na tym, żeby na tragedii rodzin ofiar nieszczęścia smoleńskiego zbijać polityczny kapitał? Kto zadecydował, żeby propozycję Prokuratorii Generalnej rzucić jak ochłap na forum publicznej dyskusji?


Komentarze
Pokaż komentarze (4)