137 obserwujących
4729 notek
1938k odsłon
  293   0

Prosto z Tokio

Piszę te słowa w Tokio, gdzie trwają Igrzyska XXXII Olimpiady. Jestem tu jako przedstawiciel ścisłych władz Polskiego Komitetu Olimpijskiego (Prezydium Zarządu PKOL). Codziennie szereg godzin spędzam obserwując zmagania Biało-Czerwonych. Dziś byłem na hali zapaśniczej (na co dzień to duży kompleks targowo-wystawienniczy), na obiekcie, gdzie debiutuje nowa konkurencja w programie IO – wspinaczka oraz na Stadionie Olimpijskim, gdzie odbywają się konkurencje lekkoatletyczne.

Na podsumowanie tych igrzysk przyjdzie czas i będę o tym pisał w „Słowie Sportowym” za tydzień. Dziś tylko garść refleksji.

Jedno jest już pewne: dla Polski są to najlepsze igrzyska w XXI wieku! Właśnie wróciłem z zawodów lekkoatletycznych na których Maria Andrejczyk zdobyła 12 medal dla „Polish Team” – a więc wyrównaliśmy rekord z IO w Sydney z 2000 roku. Skądinąd ten srebrny krążek twardej dziewczyny ze wschodniej Polski jest już ósmym zdobytym przez naszych lekkoatletów. To historyczny rekord.

Tekst ten powstaje na dwa dni przed zakończeniem igrzysk, a więc omówienie szczegółów klasyfikacji medalowej, zarówno generalnej, jak i kontynentalnej pozostawiam sobie „na zaś”.

Rozpoczynaliśmy te Igrzyska opornie: przez kilka pierwszych dni nie mieliśmy żadnego medalu, ale przecież tak samo bylo na poprzednich IO w Azji: w Pekinie na Igrzyskach XXIX Olimpiady w Pekinie przed 13-toma laty pierwszy medal zdobyliśmy bodaj dopiero ósmego dnia. Jednak teraz jak już polska maszyna ruszyła to była nie do zatrzymania.

To, co mnie niepokoi, to fakt, że - stan na sobotę rano czasu tokijskiego – olimpijskie medale Biało–Czerwoni zdobywali tylko w pięciu konkurencjach. Poza „Królowa Sportu” czyli lekkoatletyką, jeszcze w zapasach i w sportach wodnych, takich, jak wioślarstwo, kajakarstwo i żeglarstwo. Dla dobra polskiego sportu nie tylko wyczynowego, ale też tego masowego należy tę liczbę w przyszłości zwiększyć.

Co zapamiętam z tych Igrzysk? Nie tylko sukcesy. Także dramat kontuzjowanego Marcina Lewandowskiego, który nie skończył półfinału biegu na 1500 metrów, a który zaprezentował w swojej wypowiedzi do kamery telewizyjnej taką dojrzałość i mądrość życiową, że życzę takiej każdemu, także starszym od niego - i nie tylko sportowcom...

Zapamiętam także straszny pech Piotra Myszki, który po dyskwalifikacji swojego najgroźniejszego konkurenta na początku ostatniego wyścigu w swojej klasie w żeglarstwie, mając już pewny medal, sam zrobił falstart. Warto przypomnieć, że tenże pechowy gdańszczanin przed pięcioma laty w Rio był na… czwartym miejscu! Mieliśmy też aż dwa czwarte miejsca w kajakarstwie czy jedno w wioślarstwie. Zapamiętam też starszego pecha zapaśniczki Roksany Zasiny, której zabrakło paru sekund do wygrania walki z przeciwniczką z Kamerunu. Te parę sekund otworzyłoby jej drogę do półfinałowej walki o brąz. Ale zapamiętam też hejterów, którzy atakowali polskich sportowców za brak medali – także tych kontuzjowanych jak wspomniany już Marcin Lewandowski.

Dziesięciogodzinną podróż samolotem z Warszawy do Tokio, na lotnisko Narita odbyłem w grupie polskich zawodników, trenerów oraz kilku prezesów związków sportowych. Była tam też Aleksandra Mirosław i jej trener, a prywatnie mąż Mateusz Mirosław. Gdy robiliśmy sobie wspólnie pamiątkowe zdjęcie na tle pięciu kółek olimpijskich, nie przypuszczałem, że za trzy dni ustanowi ona dwa rekordy olimpijskie, a po pięciu dniach także fantastyczny rekord świata! Skądinąd urodzona w Lublinie zawodniczka klubu KW „Kotłownia” na co dzień trenuje w budynku miejscowej… straży pożarnej, bo to jedyne miejsce, gdzie ma na tyle wysoki budynek, że zmieści ściankę do wspinaczki.

Po porażce siatkarzy z Francją nie spałem do piątej nad ranem. Zmusiłem się do przyłożenia głowy do poduszki tylko przez zdrowy rozsądek, bo następnego dnia miałem w Tokio swoje powinności. Nie czas i nie miejsce, aby dokonywać rozliczeń ani nawet szczegółowych analiz występu drużyny Vitala Heynena na IO. Jestem przekonany, że teraz należy skupić się na przygotowaniach do Mistrzostw Europy, które odbędą się przecież już za miesiąc w czterech państwach, w tym w Polsce. Jesteśmy gospodarzami ME obok Finlandii, Estonii i Czech, jednak nasi siatkarze grać będą od początku do końca w Polsce. Rozgrywki grupowe i ćwierćfinały odbędą się w Krakowie i Gdańsku, półfinały i finały w Katowicach w legendarnym „Spodku”. Zamiast rozliczać igrzyska teraz naprawdę należy skoncentrować się na mistrzostwach Starego Kontynentu i obronie medalu wywalczonego - na moich oczach zresztą – w Paryżu w 2019 roku. Na wszystko przyjdzie czas. Obecnie za wszelką cenę trzeba zrekompensować – choć to skrajnie niełatwe – niepowodzenie w Tokio, sukcesem (medalem, najlepiej wiadomo jakim) w na turnieju rozgrywanym w Małopolsce, na Pomorzu i finalnie na Śląsku.

Igrzyska wciągają. Nawet jeśli są bez publiczności, a przez to dziwnie inne. Gdy porównuję moje pierwsze igrzyska – w Atenach w 2004 roku i te ostatnie widzę kolosalną różnicę. Publiczność z jednej strony, a niesłychane restrykcje z drugiej – robią tę różnicę. Wierzę, że w Paryżu, już za trzy lata będzie czas pełnej normalności. Pamiętajmy jednak, że kolejne igrzyska odbędą się nie w 2024 roku we Francji, ale… już za parę miesięcy w Chinach i będą to igrzyska zimowe. Nigdy w historii jedne IO od kolejnych igrzysk nie dzieliło raptem pół roku…

Lubię to! Skomentuj16 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Sport