82 obserwujących
514 notek
1588k odsłon
3768 odsłon

Wikingowie, Chąśnicy oraz Vindafrelsi na Bałtyku.

Wykop Skomentuj12

W roku tysięcznym, gdy w stolicy chrześcijańskiego świata (Rzymie) pobożna ludność z przerażeniem oczekiwała przebudzenia okrutnego smoka o imieniu Lewiatan (zgodnie z proroctwami Sybilli i Apokalipsą św. Jana), na swojskim nam Bałtyku doszło do prawdziwego przełomu, jeśli chodzi o układ sił.

Nasze niezwykle wymagające morze, burzliwe, często skuwane lodem lub z „wędrującą” krą, niebezpiecznymi płyciznami, które mogło bez problemów zatopić lub wyrzucić w głąb lądu najpotężniejszy okręt, było miejscem skąd cukierkowi piraci z Karaibów uciekaliby z płaczem. Tutaj swe boje toczyli Wikingowie i Słowianie. Nazwa „Chąśnicy oraz Vindafrelsi” oznaczała słowiańskich junaków, właśnie piratów.

„Normańska burza” to (poza Bałtykiem!) w zasadzie działalność piechoty morskiej (takich marines:) – szybkie desanty, grabienie klasztorów i kościołów (później apetyty Wikingów wzrosły na skalę całych miast) a następnie ucieczka. Natomiast na naszym morzu toczono bitwy przerażające swą skalą i brutalnością.

Ówczesny pojedynek wilków morskich polegał głownie na abordażu i rozstrzygnięciu starcia w walce wręcz, gdzie liczyła się siła fizyczna i topory. Piraci nawet na lądzie trenowali swoje umiejętności (na specjalnie do tego zbudowanych platformach, przypominających szczepione okręty). Ten, który zdołał jako pierwszy przeskoczyć na wrogą jednostkę, tzn. nie odbił się od ściany tarcz i nie wpadł do wody, zdobywał sławę i bogactwo (zazwyczaj prawo do piątej części łupów). Dlatego też szaleńcza odwaga była tu normą.

W roku 1000 podczas bitwy pod Svold skończono na Bałtyku z piractwem wikingów w prawdziwie wielkim stylu. Tym piratem miał być chrześcijański już wtedy król Norwegii, Olaf Tryggvason, na czele 60 morskich smoków. A pokonały go sprzymierzone siły Duńczyków, Szwedów, opozycji norweskiej i Słowian (pod dowództwem księcia Wolinian, „desygnowanego” do tego przez Bolesława Chrobrego). Rzecz jasna historycy raczyli zapomnieć o Słowianach, podobnie jak o tym, że odtąd na Bałtyku datuje się ich (Słowian) panowanie.

Sprzymierzone siły były ponad dwukrotnie większe, jednak ich okrety były mniejsze, zwłaszcza słowiańskie (dzięki temu Słowianie nie bali się żeglować na płyciznach i potrafili znakomicie wykorzystać zalety swoich łodzi), zaś Olaf Tryggvason dysponował 11 drakkarami (jako jedyny władca w historii!), a resztę zaś jego floty stanowiły w większości sześćdziesięciowiosłowe skeidy. Wikingowie związali swe wielkie okręty za dzioby i rufy, tworząc ogromną pływającą ławę, i zmuszając przez to atakujących do uciążliwej walki wręcz kolejno na każdym pokładzie.

Straszliwa bitwa skończyła się całkowitym zwycięstwem tymczasowych sprzymierzeńców a Olaf Tryggvason zginął w walce, jak na Wikinga przystało.

Słowianie i Normanowie rywalizowali na morzu już od dłuższego czasu. O skali zagrożenia ze strony żywiołu słowiańskiego najlepiej świadczy sławne Danewirke – wały odcinające Półwysep Jutlandzki od reszty europejskich ziem, głównie od Słowian. Ten „normański mur” ciągnął się co najmniej przez 30 kilometrów a jego wysokoścć wynosiła 15 metrów i więcej.

Mimo iż zaprzysięgli wrogowie, początkowo Normanowie i Słowianie traktowali się z szacunkiem – opanowane okrety często oddawali za niewielką ich wartość, strannie też unikali zabijania (na to mogła mieć wpływ obawa przez słowiańską zemstą rodową, zwaną wróżda). Jednak to szybko zaczęło się zmieniać.

Około roku 808 władca duński Gottric (Gotfryd) dokonał rzeczy prawdziwie haniebnej – napadł na portowe miasto Rerik, które niemalże uważano za ziemię świętą. Było to miejsce eksterytorialne, gdzie nie wolno było wyciągać broni, a zaprzysięgli wrogowie spotykali się, by handlować i wymieniać jeńców. Znajdowało się ono na terenach Obodrzyców a mogło istnieć (rzekomo) nawet od III/IV wieku p.n.e.! Gottric, mimo iż wtedy znajdował się w stanie wojny z Obodrzycami (i Karolem Wielkim) to jednak nie zabijał (jakiś respekt wobec tego magicznego miejsca zachował), tylko przesiedlił Słowian, którzy wtedy Rerikiem zawiadywali, do nowej osady, Hedeby. Istnieje też teoria, która mówi, że legendarne miasto Rerik zostało zmyte przez ogromne fale.

Hedeby, które miało zająć miejsce Rerika, zbudowano naprawdę z rozmachem. Miało port niewiele mniejszy od sławnej antycznej Aleksandrii, co, zważywszy na cechy morza bałtyckiego, jest już niezwykłe. Jednak był to ośrodek sztucznie utrzymywany poprzez subsydia władców i został zniszczony przez najazdy Słowian i Norwegów w XI wieku. Jak widać, Hedeby nie odziedziczyły owej „magii”, jaką cechował się Rerik.

Innym niezwykłym ośrodkiem był Jamsborg, prawdziwe gniazdo morskich piratów, które, podobnie jak Rerik, także było uznawane za miejsce święte, gdzie nie wolno było używać broni. Niektórzy watażkowie i władcy odwiedzali Jamsborg, by najmować tam piratów. To nie dziwi, ponieważ zimowało tam czasami nawet 300 morskich smoków. Jamsborg rządził się demokratycznymi prawami - decydowała większość (oczywiście kapitanów okrętów:) Sami zaś piraci wykazywali wobec siebie niesamowitą wręcz lojalność. Często konfratrzy (czyli towarzysze broni) pomagali tym piratom, którzy pragnęli przejść na „emeryturę”, w wyegzekwowaniu należnym ich praw na rodzinnych ziemiach. Jamsborg padł pod koniec X wieku. Dotychczasowi piraci musieli sami szukać zatrudnienia. To najprawdopodobniej stamtąd pochodziła duża część drużników Mieszka I i Bolesława Chrobrego:)

Miejsce Jamsborga (w którym pod koniec jego istnienia przważali już Słowianie) zajęło inne pirackie gniazdo na wyspie Imbra u wybrzeży Wagrii. Ono było już zdecydowanie czysto słowiańskie. Przetrwało do XIII wieku, choć nie zyskało takiej sławy.

Piracka historia Bałtyku (sama nazwa „Bałtyk” powstała dopiero w XI wieku) jest naprawdę fascynująca i pełna miejsc oraz wydarzeń, których na próżno szukać gdzie indziej.

Nie ulega żadnym wątpliwościom, że po unicestwieniu floty Tryggvasona stosunek sił, wcześniej znajdujący się w chwiejnej równowadze, zmienił się zdecydowanie na korzyść Słowian. Rusini z Nowogrodu bezczelnie najechali Szwecję i zbudowali tam swój własny port, Sigtuna, resztę zaś portów zniszczyli, by nie stanowiły konkurencji. Jednak Sigtuna nie spełniła pokładanych w niej nadziei i został zniszczona (przez Nowogrodzian, „barbarzyńców ze Wschodu”) w 1188 r.

Rugiowie, korzystając z okazji (w wyniku najazdów Wikingów zamarły połowy i handel soloną rybą, zwłaszcza u Anglików, Francuzów i Fryzów) wręcz zmonopolizowali połowy śledzia i handel tą rybą. Ich statki wpływały nawet do portów w Hiszpanii. Oczywiście Rugiowie zazdrośnie pilnowali swego monopolu, bezlitośnie topiąc tych, co zdecydowali się na rywalizację.

Nie sposób też nie wspomnieć o Szczecinie, który w XII wieku stał się najwspanialszym i najbogatszym miastem nad Bałtykiem. Liczył co najmniej 10 tys mieszkańców a jego zabudowa składała się głównie z kilkupiętrowych domów. Jego bogactwo stało się tak sławne, że biskupi kierujący krucjatą połabską w 1147 roku zdecydowali się zaatakować miasto, mimo iż Szczecin był wtedy już chrześcijański. Jak widać Zadar i Konstantynopol miały swojego poprzednika.

Tu znowu nasuwa się frapujące pytanie: dlaczego tak potężny militarnie i ekonomicznie nadmorski żywioł słowiański nie stworzył wielkiego państwa i nie zdominował całkowicie morza? I znowu odpowiedź jast taka sama: rozdrobnienie, skłócenie, skrajne interesy – odwieczna klątwa ciążąca na Słowianach.

P.S.

Jednym ze ciekawszych słowiańskich piratów był niejaki Wyszak, który łupił Danię. Popadł w niewolę, ale zdołal z niej zbiec i przepłynąć morze w małej dłubance(!), którą następnie zawiesił nad bramą Szczecina … pewnie na przestrogę:) Trochę historia (zapewne) podkolorowana, ale ciekawa.

Do charakterystyki Bałtyku należy dodać możliwość wystąpienia … trzęsień ziemi i tsunami. Jakkolwiek dla wielu brzmi to zabawnie, dla sejsmologów już nie. Wbrew pozorom trzesienia ziemi i tsumami zdarzały się na Bałtyku i potrafiły zgładzić niejeden okręt, nawet port. Istnieje legenda Vinety, dawnego miasta Słowian, zniszczonego przez taką właśnie falę. Sagi Wikingów opowiadają o Wielkim Wilku (uwięzionym przez Thora) który rwał się w łańcuchach, zienia drżała i rozlegał się straszliwy ryk. Na naszych terenach krążyła opowieść o Niedźwiedziu Morskim, który uderza łapą w wodę i powstają ogromne fale, wyrzucające na ląd statki. Te utrwalone w pamięci potomnych zjawiska, to właśnie trzęsienia ziemi. Winne jest temu ukształtowanie dna Bałtyku, gdzie nawet mały wstrząs może spowodować osunięcie się dna i powstanie fali. A jeśli występuje też wybuch metanu, fala może być naprawdę przerażająca. W roku 1497 taka właśnie potężna fala zmyła z powierzchni Darłówek. W dalej położonym Darłowie uszkodziła budowle i porwała ludzi. Cztery statki morskie wyniosła daleko, bo 3-4 km w głąb lądu. Jeden zatrzymał się na wzniesieniu o wysokości 22 m.

http://my.opera.com/fadlan/blog/show.dml/166820

http://viking.wsbif.edu.pl/artykuly/piraci.pdf

http://www.gralakhen.republika.pl/slowian2.html

Wykop Skomentuj12
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura