Za swój sprzeciw wobec eurokonstytcuji z Lizbony wyrażony w czerwcowym referendum Irlandczycy dostaną lepsze warunki traktatowe niż te oferowane Polsce. Wszystko dlatego, że oni mieli możliwość rozpisania referendum a w Polsce nikt się na to nie odważył.
Od kilku miesięcy Bruksela pracuje nad tym, żeby zakończyć ratyfikację Traktatu Lizbońskiego. Wcześniejszy plan zakładał, że nowa wersja unijnej konstytucji wejdzie w życie w styczniu 2009, ale pokrzyżował go wynik irlandzkiego referendum. Irlandczycy to jedyny kraj w Unii, który miał zagwarantowany narodowy plebiscyt w tej sprawie. W zeszłym roku unijni liderzy zdecydowali w Brukseli, żeby traktat ratyfikować na drodze parlamentarnej, która jest bezpieczniejsza dla projektu niż narodowe referenda. Te ostatnie zawsze mogą bowiem zakończyć się wynikiem na „Nie”. Nie jest więc przypadkiem, że ani "obywatelska" Platforma, ani prezydent Lech Kaczyński, który właśnie zainicjował narodowe referendum w innej sprawie nie dali Polakom szans wypowiedzieć się na temat unijnej ustawy zasadniczej.
Tymczasem mało kto pamięta, że takie referendum zapowiedziano przy okazji pierwszej wersji eurokonstytucji z 2004 roku. Irlandczycy, podobnie jak Polacy, dużo stracą w Unii jeśli Niceę zastąpi Lizbona. Nie mieli obiektywnych powodów, aby poprzeć polityczny projekt z Brukseli, który marginalizuje ich mały kraj w unijnym superpaństwie. Ponieważ nikt nie potrafił ich przekonać do strzału we własną kostkę postanowili zagłosować na "Nie". Teraz Bruksela nie ma innego wyjścia tylko zapropować im lepsze warunki traktatowe niż te dla innych państw i powtórzyć referendum. To już sprawdzona unijna zasada, zastosowana wcześniej w Danii i właśnie w Irlandii. Rząd w Dublinie ogłosił właśnie, że przeprowadzi konsultacje z unijnymi prawnikami na temat specjalnych derogacji i deklaracji do traktatu, które uwzględniałyby irlandzkie interesy. Są wśród nich m.in. kwestie harmonizacji podatków i legalizacji aborcji. Można niestety odnieść wrażenie, że żaden z tych tematów obecnie nie interesuje Polaków.
Projekt unijnej konstytucji sięga 2002 roku. Wersja z 2004 roku, niemal identyczna pod względem zawartości z obecną, podpisaną w Lizbonie była w naszym kraju szeroko kontestowana zarówno przez PO, jak i PiS. Mało kto pamięta, że Polska raz zawetowała z jej powodu unijny szczyt. W grudniu 2003 roku ówczesny premier Leszek Miller okazał się w rzeczywistości twardszym negocjatorem niż prezydent Lech Kaczyński cztery lata później. Miller walczył wtedy o nicejski system głosowania i preambułę z odwołaniem do chrześcijańskich korzeni Europy. Cztery lata później zgodziliśmy się na traktat bez systemu nicejskiego i bez chrześcijaństwa w preambule. Polacy dowiedzieli się również, że o żadnej eurokonstytucji nie ma tym wypadku mowy i że nowy traktat to nasz duży sukces.
Tymczasem nasi przywódcy - zgodnie z zaleceniami z Brukseli i Berlna - ratyfikowali traktat w parlamencie i sprawa jest właściwie zamknięta. Prezydent Lech Kaczyński co prawda - po irlandzkim referendum zorientował się, że jednak traktat nie jest aż tak dużym sukcesem, jak to początkowo ogłaszał, ale jest już niestety "po szkodzie". W sprawie lizbońskiej eurokonstytucji skazani jestesmy na decyzje Irlandczyków. Jeśli oni się na nią zgodzą, to nam nie zostanie nic do gadania. Z drugiej strony plan francuskiego prezydenta Nicolasa Sarkozy zakłada, że do końca roku wszyscy pozostali członkowie Unii zakończą ratyfikację traktatu tak, aby postawić Irlandczyków pod murem. Może się więc okazać, że za namową europejskich przyjaciół Prezydent RP podpisze ratyfikację. Naród, na tym etapie i tak nie ma już nic do powiedzenia. Jeśli tak się nie stanie, Bruksela może spróbować użyć w stosunku do Polski „kija”, chociażby w postaci niekorzystnych rozwiązań z pakietu energetyczno-klimatycznego. Poważniejsze sankcje też niestety jestem sobie w stanie wyobrazić.


Komentarze
Pokaż komentarze (9)