„Kosowo: nie było warto” - taki właśnie tytuł nosi artykuł profesor Ruth Wedgwood, który ukazał się kilka tygodni temu na łamach polskiego Newsweeka. Można zadać proste pytanie: dlaczego właściwie mamy się zajmować kwestią tej serbskiej prowincji, czy jak to się dziś mówi – tego nowego, niewielkiego państwa? Dlaczego mamy tym tematem dalej absorbować swoją uwagę, przecież to news sprzed wielu miesięcy? No właśnie, tak postawione pytanie wskazuje, jak często opinia publiczna traktuje sprawy międzynarodowe w kategoriach zwykłego newsa, podobnego do krótkich informacji z życia gwiazd telewizyjnych. Sprawę potraktowano bardzo powierzchownie na zasadzie: kosowscy Albańczycy chcą mieć państwo, proszę bardzo, co będziemy im żałować?
Oczywiście, wszyscy ci, którzy nie wpisywali się w wesoły happening pod tytułem „dajmy Albańczykom ( Kosowarom?) państwo” byli po prostu dyskredytowani. A przecież polityka międzynarodowa to ogromna odpowiedzialność dla bezpieczeństwa milionów ludzi w tym przypadku na Bałkanach. Trzeba więc podejmować decyzje rozsądne, pozbawione emocji, odpowiedzialne. Taką decyzją byłoby w swoim czasie odmówienie uznania niepodległości ogłoszonej przez Prisztinę.
Nie chcę raz jeszcze przytaczać ogromnej ilości argumentów na to, że uznanie tego dziwnego tworu na arenie międzynarodowej było włożeniem kija w bałkańskie mrowisko, było rozdarciem jeszcze nie do końca zabliźnionych ran i zdarzeniem, które może wywołać konflikty w tamtym terenie. Kiedy pisałem o „kosowskim efekcie domina”, efekcie, który może stać się niebezpiecznym precedensem w stosunkach międzynarodowych, wielu odmawiało racji moim poglądom. Niedługo po tym zapłonął Kaukaz, a Rosja nie ukrywała, że w sprawie Abchazji i Osetii Południowej zagrała argumentem Kosowa.
Dziś, kiedy Prisztina nie jest już oświetlana blaskiem fleszy zachodnich dziennikarzy, gdy nadszedł czas codziennych problemów, zachodni komentatorzy bardzo nieśmiało przyznają się do błędu w sprawie Kosowa. Artykuł pani profesor jest tego doskonałą ilustracją. Dziś przyznaje się, że nie ma kogoś takiego jak Kosowarzy, są za to kosowscy Albańczycy, którzy ciążą ku Tiranie. „ premier Hasim Traci były przywódca Wyzwoleńczej Armii Kosowa (UCK), obiecuje zbudowanie autostrady do sąsiedniej Albanii w ciągu pięciu lat” – pisze Wedgwood.
Dziś trzeba powiedzieć sobie otwarcie – nie ma czegoś takiego jak państwo o nazwie Kosowo. W świetle prawa międzynarodowego należy wskazać, że niepodległość Prisztiny uznało tylko 45 państw. „Jeśli chodzi o rząd tego młodego państwa, to wciąż nie do końca wiadomo, kto za to odpowiada” – twierdzi Wedgwood. Rzeczywiście, nie wystarczy samo ogłoszenie niepodległości, konieczne jest również powszechne uznanie na arenie międzynarodowej, a i ono nie wystarczy, by dane terytorium nazywać państwem, gdy zwyczajnie nie jest ono w stanie samodzielnie funkcjonować. Dziś okolice Prisztiny to wielki obóz międzynarodowych sił cywilnych i wojskowych. „ W kraju sytuacja gospodarcza jest tak zła, że stopa bezrobocia wśród młodych ludzi sięga 60 proc. Istnieją obawy, że bezrobotni mężczyźni wrócą i znów zajmą się przemytem narkotyków, broni i ludzi” – czytamy w artykule pani profesor.
Uznanie Kosowa nie rozwiązało żadnego problemu bałkańskiej geopolityki, nie poprawiło sytuacji zamieszkującej tam ludności. Pojawiły się za to nowe napięcia, konflikty, pojawiły się bolesny skutek w postaci Kaukazu. Uznając Kosowo Zachód popełnił błąd. Nie raz już państwa zachodnie wycofywały swoje uznanie, już bez blasku fleszy. Dziś pora zrobić to raz jeszcze.


Komentarze
Pokaż komentarze (15)