Jednodniowy szczyt Unii Europejskiej w Brukseli nie przyniósł tym razem spektakularnych wydarzeń. Niestety jako Polska znów tracimy na znaczeniu wśród 27 państw.
Unijne szczyty to przede wszystkim wydarzenia medialne. Bardzo rzadko kluczowe decyzje podejmowane są w ostatniej chwili. Tak było na przykład w zeszłym roku w sprawie kształtu Traktatu Lizbońskiego. Wczoraj nikt nie spodziewał się poważnych decyzji czy deklaracji. Przewodniczący pracom Unii, prezydent Francji Nicolas Sarkozy zwołując szczyt europejskich przywódców chciał raczej pokazać, że coś robi w obliczu kryzysu finansowego i trzeba przyznać, że organizując spotkanie liderów z 27 krajów osiągnął ten cel. Gdyby prezydent i premier nie tracili czasu na wzajemne przepychanki i demonstracje siły to może pakiet klimatyczny nie wisiałby nad nami jak miecz Damoklesa a Polska obok Hiszpanii znalazłaby się na spotkaniu G-20. Z Hiszpanami od samego początku bytności w UE traktowani byliśmy na równi. Od zeszłego roku i przyjęcia tekstu eurokonstytucji z Lizbony to niestety się zmienia na naszą niekorzyść.
Jeśli patrzeć na unijny szczyt pod kątem bieżących zysków i strat sondażowych Lecha Kaczyńskiego i Donalda Tuska to przegrali chyba obaj, skutecznie kompromitując się na arenie europejskiej w walce o przepustki i o miejsca w samolocie. W bilansie tych zmagań trochę lepiej od premiera wypada prezydent. Okazuje się bowiem, że nie tylko może jeździć na szczyty, ale nawet przewodniczyć polskiej delegacji. I nie ma najmniejszego znaczenia, że głowa państwa nie ma ani kompetencji decyzyjnych ani eksperckiego zaplecza, żeby coś konkretnego wywalczyć. Wypada jednak cieszyć się, że obeszło się tym razem bez żenującego konfliktu o rządowe Tupolewy i akredytacje, a kampania prezydencka została czasowo zawieszona. Tak będzie zapewne do następnej sztucznej wojenki, nad której scenariuszem zapewne pracują już spin-doktorzy z obu pałaców.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)