Kilka tygodni temu zapytałem Komisję Europejską dlaczego na oficjalnej stronie unijnego quasi-rządu Polska jest uznana za kraj, który już ratyfikował unijną eurokonstytucję z Lizbony. Ku mojemu zdziwieniu, w odpowiedzi od komisarz Margot Wallström uznała, że to nie jest pomyłka i że Polska traktat już zatwierdziła.
Wygląda na to, że dla Brukseli nie jesteśmy już przeszkodą dla wprowadzenia eurokonstytucji z Lizbony. Uważam, że Komisja Europejska nie docenia polskiego prezydenta, który przecież traktatu nie podpisał. A przynajmniej nie podpisał ostatniego brakującego aktu, instrumentu ratyfikacji. Ale Komisja uznała, że Polska - podobnie jak Niemcy - traktat już zaaprobowała. Jedyny kraj, który odrzucił kontrowersyjny dokument to Irlandia. Traktatu Lizbońskiego - a ściślej mówiąc brukselsko-berlińskiego - nie zaakceptowały również póki co parlamenty w Szwecji i Czechach. Ja osobiście sądzę, że nasz kraj powinien znaleźć się w grupie "krajów, w których wciąż trwa proces ratyfikacji", ale obawiam się, że unijni komisarze i urzędnicy uważają, że wiedzą wszystko lepiej i trudno ich będzie ich przekonać, że nie mają racji.
Z drugiej strony wielka szkoda, że polski parlament w takim pośpiechu głosował ratyfikację ewidentnie niekorzystnego dla nas dokumentu na początku kwietnia. Gdyby nie ówczesna umowa między premierem i prezydentem to dziś, podobnie jak Irlandczycy i Czesi - moglibyśmy coś ugrać w Brukseli. A tak, jak to się niestety często zdarza, musimy czekać co zdecydują za nas inni.


Komentarze
Pokaż komentarze (14)