Orzeczenie czeskiego trybunału o zgodności Traktatu Lizbońskiego z konstytucją otworzyło drogę do drugiego referendum nad dokumentem w Irlandii. Zważywszy na wieloletnią determinację unijnych przywódców, aby wprowadzić w życie kontrowersyjny dokument sprawa głosowania aż do skutku wydaje się przesądzona. Tym bardziej, że na mapie krajów, które jeszcze nie przyjęły traktatu pozostanie za chwilę tylko Irlandia.
Celowo piszę o przyjęciu a nie ratyfikacji, bo Bruksela postanowiła zignorować wątpliwości i brak podpisu polskiego prezydenta, który ratyfikacji formalnie jeszcze w Polsce nie zamknął. Brak podpisu jest zatem bardziej symbolicznym gestem niż realnym poparciem, ale dobre i to. Czeski prezydent Vaclav Klaus mimo nacisków również uznał, że nie ratyfikuje eurokonstytucji dopóki Irlandczycy nie zmienią zdania. Tymczasem na wiosnę, a bardziej prawdopodobnie jesienią Bruksela poprosi Irlandię o ponowne referendum i zmianę stanowiska w sprawie traktatu. Irlandczycy dostaną jakieś dodatkowe zapisy i gwarancje w sprawach, które budzą ich największy niepokój: podatki, aborcja, unijna polityka zagraniczna i bezpieczeństwa i projekt zostanie poddany kolejnemu referendum. Obawiam się, że presja całej Unii na 3-milionowy kraj może przynieść skutek. Ale i tak Irlandczycy, w przeciwieństwie do Polaków, dostaną przynajmniej coś wiecej.
W 2005 roku eurokonstytucja została juz raz odrzucona we Francji i Holandii. Po dwuletniej przerwie „refleksyjnej” wymyślono, aby zmienić w niej nazewnictwo i zrezygnować z niebezpiecznej ścieżki ratyfikacji w drodze narodowych referendów. Udało się to w 26 krajach, ale w Irlandii ze względów konstytucjonalnych referendum było konieczne. Gdyby choć jeden inny kraj mógł przeprowadzić referendum w tej sprawie i zakończyłoby się ono klęską traktatu wówczas zapewne przepadłby on na dobre. Dlatego z inicjatywy Angeli Merkel wszyscy przywódcy, w tym przedstawiciele Polski, zobowiązali się nieoficjalnie do "bezpiecznej" ratyfikacji dokumentu w narodowych parlamentach. Wyniki tej umowy w Polsce widzieliśmy na początku kwietnia.
O tym, że z polskiej perspektywy nie była to mądra decyzja świadczy chociażby przykład kontrowersyjnej propozycji pakietu klimatycznego. Jeśli Polska zgodzi się na forsowany przez Francję projekt unijnego pakietu w sprawie CO2, jak szacują eksperci, na spełnienie stawianych wymagań trzeba będzie przeznaczyć nawet 100 mld zł. Za unijne pomysły zapłacą polskie przedsiębiorstwa, branża górnicza i energetyczna a przede wszystkim konsumenci. Rzecz w tym, że pakiet nie podoba się nie tylko Polsce. Aktualnie nie akceptuje go również grupa krajów naszego regionu i Włosi. Nicejski system podejmowania decyzji pozwala nam w tej koalicji zablokować pakiet w Brukseli. System podwójnej większości zapisany w eurokonstytucji już nie. To właśnie między innymi dlatego wielu polityków chciało kilka lat temu umierać za Niceę, dziś co najwyżej stwarzają tylko pozory walki.


Komentarze
Pokaż komentarze (14)