W najbliższą sobotę mija 29 rocznica powstania samorządu pracowniczego lat osiemdziesiątych (jednego z filarów reformy gospodarczej), jeżeli za datę jego narodzin uznać 25 września 1981 r., dzień uchwalenia przez Sejm PRL ustaw o samorządzie załogi przedsiębiorstwa państwowego i o przedsiębiorstwach państwowych. Warto wiedzieć, że ustawy te, powstałe w wyniku kompromisu sejmowego komunistycznej władzy z „Solidarnością” możliwego dzięki buntowi części posłów PZPR, którzy, przyjmując je, nie posłuchali zaleceń Biura Politycznego, były prawną podstawą prawdziwej oazy demokracji w przedsiębiorstwach w czasach PRL, mimo obowiązujących wciąż niektórych rygorów stanu wojennego . Ustawa o samorządzie załogi stanowiła, że wybory do organów samorządu mają być powszechne, bezpośrednie, równe i tajne, a ponadto każdy pracownik przedsiębiorstwa mógł zgłaszać kandydatów. Było to więc novum w czasach PRL. Każdy pracownik przedsiębiorstwa miał czynne prawo wyborcze , a bierne wszyscy ci, którzy pracowali już co najmniej dwa lata z wyjątkiem m.in. dyrektora i jego zastępców. To dzięki takiej prawdziwie demokratycznej ordynacji wybory do rad pracowniczych wygrywali w cuglach znani działacze „Solidarności”, których w mediach z upodobaniem mieszano z błotem, a szczególności byli internowani. I właśnie takie samorządy, w których oni działali, były najbardziej aktywne, tzn. zdolne do podejmowania samodzielnych inicjatyw. Samorząd pracowniczy miał bardzo szerokie kompetencje stanowiące, inicjatywne, opiniodawcze i kontrolne, niestety nie zawsze wykorzystywane przez przedstawicieli załogi. Mógł wchodzić w spór z dyrektorem, a nawet z organem założycielskim, i rozstrzygać go na koszt przedsiębiorstwa. Aktywni działacze samorządowi w utarczkach z administracją przedsiębiorstwa, ujawniając rezerwy proste, inicjując inne własne przedsięwzięcia i recenzując dokumenty opracowane przez kadrę przedsiębiorstwa, zdobywali ostrogi działaczy gospodarczych, poznawali prawo gospodarcze i tajniki zarządzania firmą. Często korzystali z porad pracowników naukowych uczelni wyższych, a zwłaszcza prawników i ekonomistów. Była to wspaniała szkoła dla przyszłych menedżerów, a nawet posłów i senatorów. Warto wiedzieć, że przewodniczącymi rad pracowniczych w latach osiemdziesiątych byli tacy późniejsi posłowie i senatorowie RP jak m.in. wicemarszałek Senatu ś.p. Krzysztof Putra (Fabryka Przyrządów i Uchwytów w Białymstoku), zmarły przed kilkoma dniami ś.p. Andrzej Miłkowski (Huta Warszawa), Andrzej Piszel (Elwro Wrocław), Łukasz Abgarowicz (Państwowe Tory Wyścigów Konnych w Warszawie) i Jerzy Koralewski (Zakłady Automatyki Przemysłowej w Ostrowie Wielkopolskim). Niezależnie od dokonanych przez nich później wyborów politycznych w wolnej Polsce należy przyznać, że aktywna działalność w samorządzie pracowniczym lat osiemdziesiątych oprócz wiedzy wymagała dużej odwagi, bo wymuszanie pozytywnych zmian w przedsiębiorstwach i uczciwe reprezentowanie interesów załogi pozbawionej prawa do własnego związku zawodowego uznawane były z reguły za wrogą „działalność polityczną”, co niekiedy łączyło się z nękaniem działaczy samorządowych przez SB. Tak było z licznymi próbami poparcia przez samorząd idei pluralizmu związkowego (co oznaczało poparcie dla idei reaktywacji „Solidarności”), ze sporami sądowymi o równe prawo całej załogi do wczasów wymiennych w NRD i Czechosłowacji, które przyznawano wyłącznie członkom neozwiązków, korumpując w ten sposób neozwiązkowców kosztem nieuzwiązkowionej części załogi, czyli m.in. członków nielegalnej „S”, ze sprzeciwem przeciwko pobieraniu opłat sanatoryjnych tylko od osób nie będących członkami reżimowych neozwiązków, rozbijaniem zakładowych sitw i sprzeciwem przeciwko uwłaszczaniu nomenklatury, czy choćby z wymuszaniem odznaczeń dla wyróżniających się pracowników negatywnie zaopiniowanym przez zakładowe organizacje partyjne, itp. Warto więc mieć świadomość, że aktywne samorządy realnie przyczyniały się do poprawy sytuacji załóg pracowniczych w realiach stanu wojennego i w okresie po jego zniesieniu. Należy żałować, że samorząd pracowniczy o tak szerokich kompetencjach został praktycznie zlikwidowany przed wypracowaniem uczciwych zasad prywatyzacji przedsiębiorstw, bo stwarzał on realne szanse przeciwstawienia się rabunkowym przekształceniom w gospodarce narodowej, kosztem większości społeczeństwa. Warto przypomnieć, że dokonana transformacja była niezgodna z zasadami wynegocjowanymi w ramach porozumień zawartych przy Okrągłym Stole, które przewidywały znacznie większy udział załóg w przekształceniach. Pomysł tzw. komercjalizacji przedsiębiorstw i eliminacji samorządu pracowniczego powstał już po Okrągłym Stole w zaciszu ministerialnych gabinetów.
Stosunek władz PRL do samorządu pracowniczego cechowała swoista schizofrenia. Z jednej strony cieszył się bowiem samorząd deklaratywnym poparciem PZPR i Sejmu, który sprawował nad nim pieczę, z drugiej natomiast stale próbowano ograniczać jego kompetencje (niekiedy skutecznie), a to nie dopuszczając do spotkań działaczy samorządowych, a to ograniczając ich prawo do wyboru dyrektora i inne prawa, starając się np. kosztem kompetencji samorządu wzmocnić władzę centralną lub dowartościować reżimowe neozwiązki. Podobnie „Solidarność” mimo formalnego poparcia reformy gospodarczej i zachęt kierowanych do członków „S”, by kandydowali w wyborach do organów samorządu, niechętnym okiem patrzyła na odchodzenie od związku do samorządu najaktywniejszych działaczy związkowych.
Na zakończenie chciałbym zwrócić uwagę, że na tak pozytywną ocenę zasługują jedynie aktywne samorządy, a nie wszystkie. Tych aktywnych zaś było nie więcej niż około 30%. Oznacza to, że przeważały samorządy ubezwłasnowolnione, posłuszne partii i dyrektorom, które niewiele zdziałały i stąd opinia o samorządzie nie zawsze jest pozytywna. A co więcej te krytyczne oceny bywają niekiedy w pełni uzasadnione. Nie oznacza to jednak, że samorząd pracowniczy w tamtym wydaniu można odmalowywać tylko w ciemnych barwach.



Komentarze
Pokaż komentarze (18)