seaman seaman
72
BLOG

Zespół Ashton - van Rompuya

seaman seaman Polityka Obserwuj notkę 8

Podobno funkcja unijnego ministra spraw zagranicznych jest tak okrojona oraz niewymagająca, że aby jej sprostać wystarczy znać rozszerzony angielski i wierzyć w globalne ocieplenie.  Dlatego ja nie bardzo rozumiem rozczarowania europosłów sprawdzających wiedzę Catherine Ashton, że tak niewiele się nauczyła od ostatniego sprawdzianu.  Czego się niby miała uczyć, skoro angielski zna ponoć od małego ?

Wieść medialna niesie, że została desygnowana przez brytyjskiego premiera do objęcia tego stanowiska, gdyż nie chciał on stwarzać wrażenia, że ktokolwiek ucieka z tonącego okrętu, jakim ponoć jest obecnie jego rząd, zatem wybrał kogoś z zewnątrz.  Takie kryterium chyba najlepiej świadczy o beznadziejnie nikłej wadze, jaką europejscy politycy przywiązują do stanowiska, które będzie piastować brytyjska komisarz.

Przypadłość chorobowa wymieniona w tytule, popularnie zwana też gorączką lizbońską, dotyka całe grupy i warstwy, a szczególnie narażone są na nią tak zwane elity społeczne i polityczne.  Ta anomalia medyczna nie została jeszcze dokładnie zbadana, ale są głosy, że przyczyną może być szczególna wrażliwość tej ekskluzywnej grupy na weryfikację w zmieniających się warunkach.  Wiadomo zaś powszechnie, że wszelkie reformy oraz modernizacje niosą ze sobą zmiany i stanowią test przydatności na zajmowanych pozycjach.  A nie ma przecież nic bardziej szkodliwego dla starego autorytetu niż postawienie go przed nowym wyzwaniem.

Pani Ashton nic nie wie o polityce zagranicznej, energetycznej, wschodniej ani żadnej innej, zajmowała się będzie nie wiadomo czym, ale wbrew pozorom jej osoba jest adekwatnym wyborem – kompetencje jej urzędu są wprost proporcjonalne do jej kompetencji w materii tego urzędu.  - Takiego szefa dyplomacji - o słabej pozycji i bez własnych idei - chciała większość krajów zazdrosnych o narodowe kompetencje w polityce międzynarodowej – komentuje europoseł Jacek Saryusz-Wolski.

No więc wygląda, że wszyscy europejscy gracze polityczni mają to, co chcieli.  Oczywiście z wyjątkiem oniemiałych ze zdziwienia Europejczyków, których mamiono, że traktat lizboński to nowe otwarcie, że będzie Unia prężna, innowacyjna, zwarta i gotowa, że teraz dościgniemy Amerykę w try miga.  Tymczasem ze zdumieniem odkryli, że w wyniku przyjęcia traktatu na dobry początek utworzono urzędy fikcyjnego w gruncie rzeczy prezydenta i szefa dyplomacji oraz zatrudniono w nich mrowie urzędników. 

Zaś na stanowiska ich szefów mianowano osoby bezbarwne i bezpłciowe aż do mdłości, a co najważniejsze - bezwolne jak marionetki.  Trzeba przyznać, że unijni potentaci oraz ich służebni biurokraci wykonali kawał roboty, żeby w Unii Europejskiej wszystko zostało po staremu, czyli w ich rękach.

W tej chorobie Ashton-van Rompuya zasadniczą dolegliwością, która zdecydowanie dominuje nad innymi objawami, jest wyolbrzymione do patologicznych rozmiarów pragnienie świętego spokoju.  Ten symptom generuje cały szereg skutków, czasami mylonych z objawami, ale to są tylko konsekwencje.  Pierwsza konsekwencja, która się narzuca, to natychmiastowa gotowość do porzucenia własnych przekonań, złamania wszelkich wcześniejszych obietnic i najszlachetniejszych nawet deklaracji, umów, gwarancji i czego tam jeszcze, gdy pojawia się chociaż minimalne zagrożenie.

Przy czym nie musi wcale chodzić o zagrożenie dla wolności, niepodległości, militarne, czy tym podobne. Wystarczy cień podejrzenia, że w wyniku jakiegoś działania może wzrosnąć cena benzyny o jednego centa, albo zabraknie limonek do drinków, a już przestaje się liczyć idea założycielska, Robert Schumann won do schowka na parasole.  Przed szereg natomiast wyskakuje jakiś błazen w rodzaju Sarko albo Silvio i mamrocze o mówieniu jednym głosem, a za plecami już trzyma pióro i gotów jest do podpisania najpodlejszego kwitu, byle mu się sondaże nie obsunęły.

Jaskrawym przykładem był konflikt gruziński, w którym cały wysiłek Unii Europejskiej skupił się w pragnieniu mówienia jednym głosem.  Do znudzenia nam wbijano do głów wyrafinowaną strategię jednolitego unijnego stanowiska, która miała przynieść sukces, tylko nikt nie powiedział, że sukcesem jest pozostanie agresora w napadniętym kraju.  Nikt też nigdy nie wyjaśnił, na czym polega cudowne remedium mówienia jednym głosem.  W rezultacie Rosja dostała, to co chciała, a Sarko wyszczerzył swoje cudnie pobielone zęby i ogłosił sukces.

Podobnie jest w polityce wewnętrznej, gdzie Unia co rusz podejmuje jakieś socjalistyczne zobowiązania, z których kompletnie nic nie wynika albo które porzuca się w chwili próby.  Tak jest w przypadku osławionego 3-procentowego progu deficytu w budżecie.  Wystarczył pierwszy poważniejszy kryzys finansowy i Francja dzisiaj ogłasza, że kryterium z Maastricht nieprzekraczania tych 3 procent już nie istnieje, bo nikt go nie respektuje.  Po co zatem był cały ten zgiełk, jakieś procedury ?  Chyba, że to był wymóg na dobre czasy, ale przecież w dobrych czasach każdy głupi poradzi sobie z deficytem, żadna sztuka utrzymać go w ryzach.

Choroba Ashton-van Rompuya jest jednocześnie dowodem, symptomem i przyczyną bezwolnego dryfowania Europy.  Europejczycy z oczywistych względów nie mogą się zjednoczyć na zasadzie wspólnoty językowej, ani na zasadzie kulturowej, w żadnym wypadku na zasadzie wspólnoty ideologicznej.  Pozostaje odwołać się do korzeni, a są tylko jedne – chrześcijaństwo.

Dobitnie wyraził to kiedyś Rocco Buttiglione : -  „Wprowadzenie traktatu konstytucyjnego UE (pierwszego - przyp. moja) nie powiodło się, gdyż nikt nie powiedział członkom wspólnoty, dlaczego jesteśmy Europą. Jeżeli zrezygnujemy z wartości, które są z gruntu chrześcijańskie, to pozostanie nam rozliczanie się z różnych narodowych egoizmów i cele zjednoczenia zostaną stracone”.

Ale szansa takiego Buttiglione na czołowe stanowisko w Unii jest zerowa, bo ma swoje zdanie i w dodatku przeciwne.

seaman
O mnie seaman

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (8)

Inne tematy w dziale Polityka