Jak długa i szeroka, zachłysnęła się salonowszczyzna w ekstazie, jakiego to męża stanu pozyskaliśmy, gdy Donald Tusk zrezygnował z ubiegania się o najwyższy urząd w państwie. Można by pomyśleć – a cóż dopiero wart jest taki Włodzimierz Cimoszewicz, który od początku deklarował niechęć do kandydowania – temu należy się jakaś świecka beatyfikacja, gdyby zachować proporcje w rozdawnictwie godności.
Ta erupcja nieprzytomnego zachwytu z powodu wyboru Tuska musi się wydać podejrzana, gdy uświadomimy sobie jej nagłość i całkowite zaskoczenie animatorów tej klaki dla premiera. Przez cztery lata z górą nikt znaczący z salonowszczyzny nie próbował kwestionować aspiracji prezydenckich Tuska. Nikt też nie przekonywał go do porzucenia myśli o tym urzędzie, a już na pewno nie z powodu potrzeby utrzymania jedności partii( Ach, ta jedność partii i rządu, łza się w oku kręci !).
Jeszcze niedawno prominent Platformy w wywiadzie dla „Polska The Times” zaklinał się, że jego partii w żaden sposób nie osłabi odejście lidera. A tu masz ci los ! PO może się rozpaść, bo jej przywódca zostanie prezydentem ! Aż się narzuca pytanie, czy to jest partia polityczna, czy zgraja wygłodniałych wilków. W tym kontekście PiS, które bez problemu przeżyło kataklizm wyboru lidera na prezydenta, musi się publiczności jawić niczym polityczna ekstraklasa światowa.
Nagłość i histeryczny ton wybuchu uwielbienia wskazuje na bezmiar konfuzji, jaki decyzja Tuska wywołała. Po pierwsze, rezygnacja premiera potwierdza tezę, że on sam ocenia swoje szanse jako nikłe. Po drugie i poważniejsze – wbrew wysiłkom samej Platformy, ale także Ministerstwa Prawdy, ludzie uważają, że premier jest uwikłany w aferę hazardową (przeciek, a może nie tylko), stąd spadek zaufania do niego. Wreszcie po trzecie i najważniejsze – w powszechnej opinii decyzja Tuska jest dowodem, że obie wyżej wymienione tezy są prawdziwe.
W ten sposób zamyka się salonowa kwadratura koła. Stąd bierze się ten niezwykły nawet w III RP rejwach oraz groteskowe uzasadnienia dla wyboru Tuska. Dołek premiera jest tak głęboki, że zaistniała konieczność sięgnięcia po cały zestaw pierwszej pomocy. Po pierwsze odnowienie ślubów antypisowskich przez Platformę, które stanowi jakby swoistą gwarancję lojalności dla obu układających się stron.
Odbywa się ten rytuał w świątyni Antypisa na ulicy Czerskiej. Kluczowy fragment roty ślubowania premiera brzmiał : „W ich oczach widzę obsesję powrotu do władzy. Moja decyzja o pozostaniu premierem i szefem Platformy służy zminimalizowaniu tego ryzyka". Trzeba koniecznie zwrócić uwagę, że publiczne wyznanie wiary w Antypisa premier składa coraz częściej. Ostatnie takie wstrząsające świadectwo przeciwko Kaczyńskim złożył na początku października, chwilę po tym, jak załamała się jego wiara w swoich najbliższych współpracowników z rządu i partii.
Przewiduję również, że wkrótce wyjdzie na jaw jakaś mrożąca krew w żyłach historia o Kaczyńskich. Przykładowo, może się okazać, że kiedy Lech Kaczyński był ministrem sprawiedliwości, to w stołówce ministerstwa widziano Baraninę. Albo z innej beczki – przewodniczący Sekuła może zażądać bilingów telefonicznych rozmów Jarosława Kaczyńskiego z dnia, w którym padła rekordowa wygrana w Lotto. I nie ma się co śmiać.
Każdy absurd jest możliwy w kraju rządzonym przez faceta, któremu nadano godność męża stanu, gdy przestał się ubiegać o urząd godny męża stanu.
Inne tematy w dziale Polityka