We wczorajszej niekończącej się historii premiera Tuska o Mariuszu Kamińskim zafrapowała mnie jedna uwaga, rzucona jakby mimochodem, nie pamiętam czy w trakcie przesłuchania, czy do dziennikarzy. Premier z widocznym wstrętem wyraził się o środowisku biznesu jednorękich bandytów. Powiedział o towarzystwie bezczelnym i agresywnie przepychającym swoje interesy, wciskającym się nachalnie w każdą możliwą szczelinę struktur państwa.
Ta uwaga premiera, rzucona trochę bezwiednie i bez związku z meritum, stanowi doskonałą ilustrację sprzeczności pomiędzy słowami, a faktycznym zachowaniem premiera. W przypadku Donalda Tuska to jest niemal klasyka. Potępia werbalnie bezczelność szemranych przedsiębiorców i jednocześnie otoczył się ludźmi, którzy żyją z nimi w dobrej komitywie. Mało tego, wywindował takich ludzi na najwyższe stanowiska w państwie i dzięki temu Sobiesiak et consortes mogli korzystać ze znajomości na szczytach władzy. Tak, pośrednio dzięki Donaldowi Tuskowi siła przebicia jednorękich bandytów uległa wzmocnieniu.
W tym sensie wczorajsze pytanie pani posłanki Kempy, czy premier Tusk zdaje sobie sprawę ze skuteczności działania lobby hazardowego, było bardzo zasadne i skierowane pod właściwy adres. Pomimo wyjaśnień premiera, że legislacja to często długi proces, akurat w tym przypadku - skutecznego blokowania ustawy hazardowej przez współpracowników Donalda Tuska – on sam miał niezaprzeczalny udział.
Knajacki kontekst relacji współpracowników premiera przypomniał mi pewien publicystyczny incydent z początku października ubiegłego roku, kiedy dopiero co ujawniono zapisy rozmów Rycha ze Zbychem. W radio tok.fm Jacek Żakowski zdruzgotany i zszokowany treścią rozmów oraz proweniencją rozmówcy Chlebowskiego, zadaje dramatyczne pytanie. Pytanie skierowane do kolegów publicystów biorących udział w audycji - „Czy ktoś z was utrzymuje bliską znajomość z człowiekiem skazanym prawomocnym wyrokiem za korupcję ?”
Wszyscy rozmówcy Żakowskiego skwapliwie zaprzeczają, a w powietrzu niedopowiedziana kwestia o typie mentalności człowieka. Bo jest oczywiste, że trzeba mieć specyficzną mentalność, nawet nie będąc politykiem, żeby latami podtrzymywać knajackie znajomości. Trzeba mieć po prostu upodobanie w takich relacjach.
Podwyższone standardy Platformy Obywatelskiej, w swoim czasie pod niebiosa wysławiane przez Donalda Tuska, były tak wysokie, że przechodzili pod nimi również wspólni znajomi Ryszarda Sobiesiaka i Donalda Tuska. Okazało się bowiem, że z biznesmenem skazanym za korupcję towarzyskie relacje miał szef klubu parlamentarnego; w golfa grał i w domu go przyjmował minister sportu, a wicepremier uprawiał z nim entente cordiale w biznesie.
Trzeba bowiem pamiętać, że zarówno Sobiesiak, jak i Schetyna mieli kiedyś udziały w klubie Śląsk Wrocław. Chociaż dzisiaj były wicepremier twierdzi, że to żaden interes, a tylko z miłości do klubu współpracował wówczas z biznesmenem od hazardu. Komisja śledcza ułożona i skonfigurowana wedle wskazań Schetyny nie ma szans na wyjaśnienie sprawy w sensie merytorycznym i dosłownym.
Jednak historia komisji sejmowych dowodzi, że o jej powodzeniu decyduje opinia publiczna. W tym przypadku kwestia jest taka, czy Polacy zadadzą premierowi pytanie wyartykułowane przez kiedyś Żakowskiego, trochę tylko zmodyfikowane. Dlaczego Donald Tusk wbrew swoim deklarowanym poglądom, otacza się ludźmi mającym tak różny od niego system wartości ?
Dlaczego zamienił Rokitę, Płażyńskiego i Śpiewaka na Drzewieckiego, Schetynę i Chlebowskiego ? Przecież musiał mieć jakiś mocny powód. Skąd u premiera ta katastrofalna rozbieżność pomiędzy deklarowanymi wartościami, a specyficzną mentalnością najbliższych współpracowników ?
Inne tematy w dziale Polityka