Pokraczny anons umieszczony w tytule postu, a widziany niegdyś przeze mnie na drzwiach gdyńskiej kawiarni, skojarzył mi się dzisiaj z prawyborami, które zamierza urządzić Donald Tusk w swojej partii. Kandydat Platformy na prezydenta ma być wybrany demokratycznie przez całą partię, a potem zwyciężyć w równie demokratycznych wyborach powszechnych. Tak solidnie umocowany prezydent, z mandatem od narodu, ma być jednocześnie powolny silnemu rządowi pod przewodem jeszcze silniejszego premiera.
Według premiera bowiem, posłuszny prezydent jest to konieczny warunek, żeby Platforma przeprowadziła zapowiadane zmiany w funkcjonowaniu państwa. Premier Donald Tusk również chce zatrudnić barmanko-kelnerkę. Ponieważ nie jest w stanie przyciąć do swoich potrzeb konstytucyjnych prerogatyw prezydenta, musi wybrać kandydata, dla którego prezydentura będzie wieńczyć dzieło życia politycznego.
Platforma zatem poszukuje delikwenta wystarczająco mało ambitnego, aby nie kwestionował polityki premiera oraz wystarczająco próżnego, żeby zadowolił się samym splendorem urzędu i Pałacu, nie wadząc premierowi w realizacji marzeń o kanclerstwie.
Z tego względu odpada Włodzimierz Cimoszewicz, który nie gwarantuje posłuchu i mógłby w ciągu pięcioletniej kadencji stworzyć sobie silne zaplecze - co tu dużo gadać, natychmiast skuma się z salonowszczyzną i Tuskowi, zanim się obejrzy, wyrośnie silny rywal w obrębie tego samego elektoratu.
Radosław Sikorski chyba w ogóle nie wchodzi w rachubę z powodu swojej charakterologicznej i politycznej infantylności. Ludzie chcący wybierać prezydenta bezpośrednio nie darowaliby Platformie obniżenia statusu powszechnie wybieranej głowy państwa do roli chłopca na posyłki dla premiera. Jego nie da się nawet upozować na poważnego męża stanu.
Zatem musi to być ktoś świetnie ucharakteryzowany, zarówno zewnętrznie, propagandowo oraz mentalnie gotowy tę rolę odegrać. Wszystkie te warunki spełnia Bronisław Komorowski i jest idealnym kandydatem na barmanko-kelnerkę dla Tuska. Dodatkową zaletą z punktu widzenia premiera jest jego uwikłanie i tajemnicze konszachty z WSI.
Jeśli Platforma zdecydowała się na prawybory, to jest sygnał, że Tusk namaścił Komorowskiego. W związku z kanclerskimi planami Tuska, nie może być mowy o żadnej preelekcji w partii, jeśli ten nie jest pewien wyboru swojego faworyta. Taki scenariusz po prostu nie wchodzi w grę.
Komorowski, łasy na splendor władzy i jednocześnie uzależniony od premiera z racji wspomnianych uwikłań, ma świadomość kto tu rządzi i w związku z powyższym, jak nikt pasuje Tuskowi. Zażywny personat z koligacjami, z opozycyjna kartą, upozowany na dobrodusznego państwowca, nie ma poważnego konkurenta w partii. Ryzyko, że może wierzgnąć jest zminimalizowane i do opanowanie w razie czego – moim zdaniem już został kandydatem na barmanko-kelnerkę. Sprawny w celebrowaniu i posługiwaniu się atrybutami władzy, byłby postrzegany przez elektorat jako gospodarz baru. Wdzięczny Tuskowi za wyniesienie na piedestał byłby dla niego usłużnym kelnerem. I o to chodzi.
Jedynym liczącym się ryzykiem jest prawdopodobieństwo, że przegra prezydencką rywalizację z Lechem Kaczyńskim. Dlatego premier zrobi wszystko, żeby przenieść na niego swoją popularność i poparcie. Jeśli Tusk faktycznie pragnie być kanclerzem, jak sugerują poważni ludzie, to kilka najbliższych miesięcy powinno być najbardziej pracowitymi w jego życiu.
Musi po prostu powiedzieć swoim zwolennikom - Komorowski to ja ! I musi także ich przekonywać jawnie, otwarcie i publicznie. Wtedy zaś nieuchronnie narzuci się pytanie – skoro tak, to po co nam wszystkim ta cała komedia z prezydentem Komorowskim ? Odpowiedź, chociaż nigdy nie będzie wyartykułowana przez premiera, również się narzuca – bo jest potrzebny premierowi, żeby ten mógł zostać kanclerzem.
Kwestią nierozstrzygniętą aż do wyborów będzie, czy Polacy zaryzykują hazard z wszechwładnym kanclerzem, jedynie po to, żeby odsunąć od władzy prezydenta z opozycji ? Bo znając postawę i osiągnięcia Tuska jako premiera, do tego się ten hazard sprowadza.
Przecież to, co mamy do tej pory, to nie jest starcie reformatora i tradycjonalisty, którzy zwarli się w konwulsyjnym uścisku i żaden nie może przeważyć szali na swoją stronę. To jest sytuacja, w której osoba na stanowisku premiera deklaruje, że ma prawdziwą władzę, a jednocześnie traktuje stanowisko prezydenta jako niepokonaną przeszkodę i alibi dla swojej niemocy w tej kwestii.
Tu po prostu mamy do czynienia z klinicznym przypadkiem schizofrenii bezobjawowej w polityce.
Inne tematy w dziale Polityka