Nie wiem, czy ktokolwiek poza mną zauważył tę prawidłowość, że PiS zawsze zaczyna umierać przed kongresem, a kończy tuż po nim. Kulminacja tego procesu, którą właśnie obserwujemy, niczym się nie wyróżnia spośród wszystkich kulminacji, które już miały miejsce wcześniej. Z grubsza polega na ogłoszeniu dość prostej tezy, że gdy partia pozbędzie się swojego prezesa, to otworzy się przed nią szeroki i przestronny gościniec prowadzący do władzy.
Przy czym ta optymistyczna wizja nigdy dyżurnej Kasandry nie nawiedza i dlatego nieodmiennie od lat wróży PiS-owi rychłą śmierć samobójczą. Zresztą cała racja-fizyka ostatecznych pisowskich katastrof powtarza się monotonnie i tylko z rzadka dochodzi jakiś nowy element. Najczęściej pierwszym zwiastunem upadku jest przygotowanie artyleryjskie czynione za pomocą złowieszczych sondaży z komentarzami ekspertów, które odbierają wszelką nadzieję. Bo przy okresowych upadkach PiS-u nadzieja umiera zawsze pierwsza, odwrotnie niż w literaturze martyrologicznej.
Z reguły tuż po tych fatalnych sondażach Gazeta Wyborcza ujawnia głęboki podział w szeregach partii, który lada dzień ma zaowocować schizmą i rozbiciem na frakcje, a potem już adieu Fruziu( z akcentem na ostatnią sylabę, jak mówią Francuzi). Bardzo często wychodzi na światło dzienne afera finansowa w najbliższym otoczeniu prezesa, ale zdaje się, że tym razem ten wariant zarzucono z powodu niekorzystnych skojarzeń z całkiem innym prezesem.
W zamian Ministerstwo Prawdy epatuje wierną klientelę złowrogim sojuszem pisowców z postkomunistami, który ma być jeszcze gorszy od niegdysiejszego sojuszu z neonazistami. Trzeba w tym miejscu uczciwie przyznać, że to jest element prawdziwie oryginalny w dotychczasowej propagandzie antypisowskiej.
Tego jeszcze bowiem nie było, żeby w postępowych mediach były neonazista miał lepsze notowania od aktualnego postkomunisty. Ten zabieg ma też aspekt komiczny, gdy się porówna dwie równoległe narracje Ministerstwa Prawdy – Platforma z postkomunistą Cimoszewiczem wiedzie Polskę ku świetlanej przyszłości, a PiS z postkomunistą Napieralskim prowadzi nas na zatracenie.
Najczęściej też się doskonale składa przy okresowych upadkach PiS, że na podorędziu zawsze jest partyjny apostata, który z zapałem neofity opowiada ścinające krew w żyłach historyjki o swojej byłej partii, ze szczególnym uwzględnieniem osoby prezesa. W bieżącym sezonie jest to przypowieść szlachetnego wygnańca o małostkowym tyranie, który już się z degrengolady nie dźwignie.
Równie monotonny, jak ten rytualny scenariusz upadku, jest odzew nań ze strony tak zwanego elektoratu. Zawsze - ale to zawsze, można się wręcz zakładać ! - do redaktora dyżurnego ogłaszającego koniec wrażej partii ustawia się karna kolejka zachwyconych klientów, żeby przełamać się tradycyjnym opłatkiem zwycięstwa. Po czym powielają sobie na różnych forach i blogach słowo redaktora pod jednakowo brzmiącymi tytułami – koniec, upadek, dno, klęska, plajta, klapa, kryzys, krach.
Stado jest stado, gdy fujarka zagra, zbiera się do kupy i podąża do źródła. Ta klasyczna reakcja jest zresztą korzystna, bo oznacza, że po tamtej stronie bez zmian – liczy się jedynie istnienie wroga, żadna myśl nadal nie ma prawa wstępu na ich terytorium.
Z drugiej strony popularny bloger mieniący się patriotą, zanosi się nieprzytomnym szlochem z powodu domniemanego sojuszu z SLD i w elegijnym nastroju cytuje na swoim blogu Herberta. W zaciszu domowym zapewne łamie się sam z sobą przed portretem marszałka. Inny, równie prawicowy, egzaltuje się na ten sam temat jeszcze bardziej potępieńczo - zdrada Polski, zdrada wyborców, zdrada zaufania, zdrada jego samego, niewyobrażalne oszustwo, strata wiarygodności.
Okazuje się, że w tym kraju nie ma ważniejszego kryterium patriotyzmu i honoru niż trzymanie się z daleka od SLD. Wynika z tego, że prawicowiec w Polsce może dać się zmarginalizować, może utonąć w morzu kłótni, może stracić władzę i wszelki wpływ na rzecz oszustów, ale honor traci dopiero, gdy się zada z Napieralskim z SLD.
Najbardziej uderzające dla mnie jest to, że jedni i drudzy - zarówno ci, którzy świętują kolejny upadek PiS oraz ci, którzy go opłakują - reagują na dźwięk tej samej fujarki z okolic ulicy Czerskiej. Ciąg dalszy pisowskiej sinusoidy jest również powieleniem poprzednich ostatecznych katastrof – szał egzaltacji mija, wstaje szary dzień, w którym okazuje się, że nadal istnieje naród polski, a w tym narodzie trzydzieści procent Polaków, którzy nie dali się zwariować fujarce.
Po czym przemawia prezes i zaprzeczając melodii zagranej przez cwanego pastuszka, znacznie pociesza swoich rozhisteryzowanych zwolenników. I znowu szumią im wierzby płaczące, zaczynają pisać heroiczne teksty o patriotyzmie, walczą z poświęceniem o szlachetne nazwy dla różnych skwerów i bulwarów, ale nade wszystko przedkładają kwestię smaku – choćby miał nastąpić potop.
Inne tematy w dziale Polityka