Nie tak znowu dawno, w heroicznych dla mediów latach 2005-2007, za punkt honoru wśród postępowych dziennikarzy uchodziło trwanie w opozycji do rządu. Jak dziś pamiętam, to był niemal kanon etyki zawodu – dziennikarz powinien wspierać opozycję, a patrzeć uważnie na ręce rządowi, każdemu rządowi. Powszechny był również wtedy pogląd, że jeśli nowa ekipa nie podejmie wyzwania swojego programu wyborczego w pierwszym roku, to już do końca kadencji grzęznąć będzie w nic niewartych doraźnościach.
Dzisiaj to brzmi wręcz komicznie i wierzyć się nie chce, jakiego zwrotu dokonały media po wyborach w 2007 roku. Wydawać by się mogło, że zmiana kursu etycznego o 180 stopni nie może się obyć bez przygotowań, dyskusji, paroksyzmów starego porządku i przełamywania oporu nieprzekonanych. Tymczasem nic z tych rzeczy – tuzy naszego mainstreamu, żurnaliści roku i zdobywcy tych wszystkich kryształowych mikrofonów, złotych ekranów i brylantowych piór - z dnia na dzień, jak na komendę wskoczyli w buty nowego kanonu.
Cóż mogliby napisać teraz, gdyby zastosowali tamte kryteria ? Jak można usprawiedliwić premiera rozliczającego się z dwudziestu dziewięciu miesięcy rządzenia, z zapowiadanych gigantycznych planów modernizacji, który na czele bardzo krótkiej listy domniemanych przez siebie sukcesów, stawia budowę boisk gminnych ? Jak potraktowaliby człowieka, co obiecywał zmianę oblicza kraju, a po dwóch i pół roku bredzi coś o łagodnej odpowiedzialności ? Pytania retoryczne.
Ale trudno oczekiwać konsekwencji od ludzi, dzięki którym premier rządu może pleść na poważnie podobne androny. Zamiast reform łagodna odpowiedzialność – jeszcze trzy lata temu byłaby to śmieszność zabijająca każdy rząd. Po dojściu do władzy ekipy obecnego premiera runął niejeden aksjomat, który za poprzednich rządów był żelaznym kryterium wiarygodności oraz intencji władzy.
Między innymi ten o konieczności przełomu w modernizacji i szybkich reform. Złotopióry żurnalista z wiodącego tygodnika natychmiast napisał pean na temat nicnierobienia i zachwycił się bezwolnym trwaniem u władzy. Nagle, jak na obstalunek nowego rządu, okazało się, że Polska nie potrzebuje żadnego przełomu, a nawet, że przełom jest z gruntu szkodliwy. Że najlepiej jest rozłożyć sobie zmiany na całą kadencję, a nawet dwie lub trzy kadencje, a w ogóle Kunktator to był wielki wódz.
Od tej specyficznej próby, tego testu, jakim był Tusk u steru rządu, zdecydowanie najbardziej ucierpiała dziennikarska przyzwoitość, czyli odpowiedzialność za słowo. Nie da się policzyć ani opisać karkołomnej ekwilibrystyki słowami i faktami, ani gwałtów na logice, za pomocą których wypełniano kosmiczną próżnię tej władzy. W tym procederze polityczno-medialny mainstream z taką wprawą sięgnął do repertuaru sztukmistrzów z dawnych jarmarków, że należy podejrzewać coś w rodzaju dziedzicznej biegłości w tej dziedzinie. Wystarczy choćby przytoczyć tu zwrot, który dokonał się w sztuce pisania – próby opisania życia Wałęsy i Kapuścińskiego są widomym przykładem, że nic tak nie szkodzi pisarzowi trudzącemu się literaturą faktu, jak kurczowe trzymanie się faktów.
Dzisiaj wydaje się, że to było wieki temu, gdy Rokita usprawiedliwiał konieczność miękkiego populizmu – każdy uśmiechał się pobłażliwie, bo rozumiano, że polityka nastawiona na masowy elektorat nie może się bez tej domieszki obejść. Jednak Rokita i paru innych traktowali to jako domieszkę – wypełniacz, może katalizator lub spoiwo całości.
Maria Rodziewiczówna, której tytuł sparafrazowałem, miała podobno na myśli, że wiele może się zdarzyć w tym momencie szczególnym, pomiędzy ustami a brzegiem pucharu. Takie mniemanie o polityce mieli jeszcze kilka lat temu politycy, czyli przekonanie o nadrzędności politycznej esencji – programu, wizji, celu. Że to, co najważniejsze w polityce jest do zrobienia, jest przed piarem albo poza nim. Teraz otwieramy szeroko oczy, bo przekonuje się nas, że populizm propagandowy ze śladową domieszką polityki, to jest to - jeszcze kilka lat temu nie do pomyślenia.
Obecna ekipa rządowa jest pierwsza, która żyje i trwa w przestrzeni wypełnionej jedynie piarem, bez żadnej obcej domieszki. Sytuacja ta jest o tyle analogiczna do kwestii z Rodziewiczówny, że zwolennicy Tuska żyją ciągle w gorączce nadziei i oczekiwania, że coś się zdarzy, co wypełni tę pustkę, że w końcu doświadczą czegoś prawdziwego. Że coś zaistnieje naprawdę pomiędzy tymi jego złotymi ustami a brzegiem piaru. I wtedy tryumfalnie wyrzygają nam wszystkim, niewiernym Tomaszom - a nie mówiliśmy ?!
Niestety, jest to oczekiwanie mocno oparte na opisanej przez innego pisarza zasadzie chciejstwa – coś się musi zdarzyć, gdyż my nie wytrzymamy; bo to jest niemożliwe, żeby on był taki oszust, a my daliśmy się tak nabrać. Tusk zaś, co rusz prolonguje moment spełnienia i każda kolejna zwłoka daje im złudzenie, że są już bliżej. Tymczasem w tej sztuczce jest tak aż do końca, a koniec będzie wtedy, gdy pęknie balon.
Bo zawsze tak jest, że gdy się notorycznie odracza kolejne terminy zobowiązań, to jednocześnie pompuje się balon niecierpliwości, złości i rozczarowania. Dlatego przewiduję (a proroctwa mnie wspierają!), że jeszcze w tym roku będzie dużo huku, a od podmuchu wyginą wszystkie papierowe tygrysy, woskowe figury i malowane ptaki.
Inne tematy w dziale Polityka