Kiedy ścisnę w garści moje serce, dzisiaj na próżno w tytule blogu krzyczące o swoich racjach; kiedy odpowiadając na apel mainstreamu medialnego, oddzielę starannie emocje od rozumu i gdy już serce w żelaznym uścisku ledwie zipie, to powiem, że PiS w wyborach prezydenckich powinien wystawić kogoś w rodzaju profesora Michała Kleibera.
Od paru dni jestem kompletnie rozkojarzony i nie potrafię zadrwić w swoim stylu, żeby mi nie stanął przed oczami nieszczęsny Sebastian Karpiniuk, nie raz i nie dwa wykpiony przeze mnie bezlitośnie na tym blogu. Nie mając zatem innego wyjścia, sterroryzowałem krnąbrne serce, otrzepałem nieco rozum z kurzu i wyszedł mi wtedy ten profesor Kleiber.
Wcale nie Jarosław Kaczyński, ale właśnie on, którego w ogóle nie znam z politycznej strony, niewiele się nim interesowałem i mało co o nim wiem w każdym sensie. Poza tym, że przyjaźnił się z prezydentem Lechem Kaczyńskim i współpracował z nim, co z drugiej strony, nie jest wcale tak mało. No i siedzę teraz sobie przed komputerem, trochę rozdziawiony zdumieniem: co z tym fantem zrobić ? Owszem, głupie serce się wyrywa, ale skoro słowo się rzekło, to ten raz już mu nie popuszczę – na razie nie ma głosu.
Co z punktu widzenia partii zyskuje PiS na wystawieniu kandydatury Kleibera ? Wychodzi mi, że wcale niemało:
- potwierdza otwarcie się na centrum i chęć zmiany wizerunku oraz odpartyjnienia urzędu;
- jednocześnie niejako automatycznie, bez nachalnej agitacji, osoba Kleibera zapowiada kontynuację linii poprzednika jako bliski współpracownik i przyjaciel;
- ułatwia znacznie kampanię wyborczą w czasie żałoby, która w ten sposób może być maksymalnie stonowana;
- tym samym posunięciem również utrudnia, albo wręcz uniemożliwia antypisowski styl kampanii, który najbardziej pasuje PO;
- przyciąga wyborców centrum i lewicy, dla których JK jest nie do przyjęcia;
- wytrąca główny atut propagandowy, jakim jest gęba przyprawiona JK przez tzw. postępowe media;
- z powodu zdziesiątkowania liderów PiS umożliwia JK skupienie się na przywództwie partii, co wydaje się w tej sytuacji konieczne;
- last but not least – w przypadku porażki łatwiej ją będzie wytłumaczyć okolicznościami i specyficzną kandydaturą spoza partii.
Natomiast z punktu widzenia samego Jarosława Kaczyńskiego taki wybór:
- znacznie ułatwia mu przeżycie traumy z powodu utraty brata i bliskich mu osób, jako człowiekowi i politykowi;
- pozostaje na czele ugrupowania i kontroluje je nadal bez względu na wynik wyborczej rozgrywki;
- znacznie rosną szanse PiS na zwycięstwo lub co najmniej dobry wynik w wyborach parlamentarnych, co jest raczej niemożliwe, gdyby JK został prezydentem;
- umacnia wizerunek JK jako polityka, który nie idzie do władzy dla niej samej, lecz ma perspektywę długookresową;
- pozwala mu uniknąć trudnego wyboru i ryzykownego lawirowania pomiędzy wizerunkiem bezwzględnego twardziela, który mimo tragedii osobistej walczy w kampanii i oddaje cios za cios, a mimowolną postawą człowieka dotkniętego przez los i wyciszonego, co łatwo może wzbudzić podejrzenie o hipokryzję.
W tym momencie nie dotrzymuję słowa i puszczam zsiniałe serce na swobodę, gdzie zaraz nabiera rumieńców i burzy mój misterny domek z kart. Wydziera się wniebogłosy, że po pierwsze te wybory trzeba wygrać, a nie tylko dobrze w nich wypaść. Gdyby chodziło o to ostatnie, to owszem, Kleiber byłby na miejscu. Ale tu chodzi o Polskę, a nie o czyjś wizerunek. Ostatkiem sił rozumu rzucam jeszcze, że gdy JK przegra te wybory, to będzie klęska nie tylko IV RP, PiS, samego JK, ale to będzie dotkliwa porażka Polski w najpełniejszym rozumieniu tego słowa.
Ale już mnie moje serce zakrzykuje – czy nie widziałem tych ludzi na Krakowskim Przedmieściu w czasie żałoby; że wybory są za dwa miesiące i wówczas nastąpi właśnie apogeum tej refleksji Polaków, ale także innej refleksji, że tylko polityk formatu JK w Pałacu Namiestnikowskim może powstrzymać oligarchię biznesowo-medialną i monopol Platformy na władzę w państwie. Jeśli ta ofiara pod Smoleńskiem nie ma pójść na zmarnowanie, to JK musi albo wygrać te wybory i potem rozbić rządzącą koalicję, albo wygrać przyszłość z Kleiberem jako prezydentem.
Która z tych opcji jest bardziej możliwa do zrealizowania ? Serce ma swoje racje, których rozum nie jest w stanie pojąć !
Inne tematy w dziale Polityka