Pewnie ktoś powie, że nie mam prawdziwych problemów, ale nie może mi wyjść z głowy incydent z pogrzebu prezydenta, kiedy ludziom uczestniczącym w uroczystości na Rynku w Krakowie, tefauen zaserwował na swoich telebimach program publicystyczny. Ludziom, którzy przyszli na mszę żałobną za dusze prezydenckiej pary puścić na telebimie rozmowę polityków – trzeba powiedzieć, że w naszym kraju, w Polsce, to jest po prostu krwawy pomysł, nie mam bardziej adekwatnego określenia.
I kiedy o tym myślę, to nie chodzi mi o samą satysfakcję, że zgromadzeni rodacy żegnający swojego prezydenta zmusili obsługę do wyłączenia gadających głów. Bo to jest w gruncie rzeczy żadna satysfakcja skonstatować, że ludzie jeszcze wciąż zachowują się przyzwoicie i na nieprzyzwoitość reagują racjonalnie, czyli mówią krótko i węzłowato: precz ! Owszem, był w moim odczuciu moment ulgi, że jakoś udało się zachować podstawową normalność w naszym kraju, że można liczyć na zdrową reakcję, gdy ktoś chce nas zwariować i otumanić, jednak na pewno nie była to klasyczna satysfakcja.
Chyba każdy zna to uczucie - czasami bywa, że uczepi się człowieka jakieś skojarzenie gdzieś z tyłu głowy, nie do końca zidentyfikowane, nieokreślone i niedające spokoju. Chodzi mi konkretnie o samo przeświadczenie realizatorów transmisji, że można w trakcie żałobnej uroczystości pokazać zgromadzonym ludziom dyskusję polityków. Było bowiem w tym zdarzeniu coś tak charakterystycznego i znajomego, a jednocześnie tak obcego oraz tak bardzo nie chciało się pomieścić w głowie, że nie mogłem uciec od obsesyjnego przepatrywania zakamarków pamięci : skąd ja to znam, gdzie ja coś podobnego widziałem lub słyszałem ?
Prostactwo tego zamierzenia i kompletna dezynwoltura wobec narodowego nieszczęścia, kontrast do powagi uroczystości oraz bezczelność samego konceptu urozmaicenia ludziom mszy żałobnej, były do tego stopnia ostre, że aż bolały. Pewne dla mnie było tylko jedno, że sam czegoś takiego nie przeżyłem, ale gdzieś już coś podobnego się o moją skołataną głowę obiło. Tak więc łaziłem parę dni po świecie, na próżno usiłując dokopać się w moich szarych komórkach właściwego skojarzenia.
Dodatkowy impuls moja wyobraźnia dostała, gdy dowiedziałem się o ekscesie składania wieńca na grobie Anny Walentynowicz przez zmęczonych wysłanników Marszałka Sejmu. Tu jednak nasunęło mi się natychmiast łatwe skojarzenie z niesprawną golenią innego prezydenta i przy innych grobach, chociaż, jak wszyscy wiemy, są elementy wspólne obu godnych ubolewania incydentów.
Jednak mniejsza z tym, bo w końcu wpadłem na to i analogia okazała się tak banalna i siermiężna, że się przestraszyłem jej prostactwa. W filmie „Rozmowy kontrolowane” Sylwestra Chęcińskiego jedną z najśmieszniejszych scen jest ubecka Wigilia Bożego Narodzenia, albo raczej wyobrażenie tego dnia, jakie ma wspomniane towarzystwo. Można skonać ze śmiechu, gdy widzi się pokaz ignorancji, oderwania od polskości, nie wspominając już o religijności.
Scena, w której podchmielona bolszewia śpiewa „Podmoskiewskije wieczera” i dzieli się jajeczkiem, jest tak surrealistyczna dla Polaka, że naprawdę aż niewiarygodna. Jednak jest prawdziwa, choćbyśmy nie wiem jak bardzo nie chcieli wierzyć, tak było i ci ludzie, chociaż w filmie, jednak stanowili odzwierciedlenie fragmentu ówczesnej rzeczywistości PRL. Ich odpowiednicy w realu zapewne również nie zdawali sobie sprawy, że żyją na wysepce bolszewickiego nihilizmu otoczonej przez morze polskości.
I tamta rzeczywistość, tak przejmująco ściśle odwzorowana w obrazie Chęcińskiego, skojarzyła mi się z tym zdarzeniem na Rynku w Krakowie sprzed kilku dni, gdy ktoś postanowił urozmaicić mszę żałobną za prezydenta Lecha Kaczyńskiego i jego małżonkę. Mentalny spadkobierca filmowego pułkownika Molibdena zapragnął rozerwać odrobinę Polaków opłakujących swojego przywódcę. Właśnie to ignoranckie zamierzenie - tak odstające od życia w naszym kraju, od naszego pojmowania nakazów religii, traktowania wiary, tradycji, polskości wreszcie – jest odpowiednikiem śpiewania przez ubeków ruskich przyśpiewek w Wigilię. To jest dokładnie to samo, tylko w innych realiach.
Dzisiaj ci ludzie (mam na myśli szeroko rozumianą ubecję wraz z dziedzicami ich nihilizmu ) zapewne lepiej rozróżniają Wielkanoc od Bożego Narodzenia, ale przecież i my po całej epopei Solidarności, stanu wojennego oraz JPII jesteśmy inni i daleko bardziej uczuleni niż wtedy. Jednakowy pozostał tylko dystans, jaki dzieli nas od mentalnych spadkobierców tamtych ubeków, którzy tak dobitnie zademonstrowali swoją obcość na Krakowskim Rynku. To jest przepaść.
I ja odniosłem wtedy przejmujące wrażenie, gdy tak spoglądamy na siebie z obu stron tej przepaści – że my stoimy tam gdzie zawsze, a oni jednak faktycznie tam, gdzie stało ZOMO, na czele z pułkownikiem Molibdenem. Czyli właściwie również tam, gdzie zawsze. A ja poza wszystkim, że jestem zbudowany reakcją ludzi na medialny wybryk tefauenu, to się w gruncie rzeczy cieszę, że oni ten numer z telebimami w Krakowie zrobili.
Bo jest nie do przecenienia fakt, że ludzie dowiadują się z życia, z praktyki doświadczenia osobistego, na co ich samych stać i kto jest kim w Polsce. Żadna propaganda, publicystyka czy media nie oddadzą tak dobitnie tego, co uczestnicy mszy w Krakowie na Rynku widzieli na własne oczy i o czym się przekonali na własnej skórze. Z tej mąki będzie chleb.
Inne tematy w dziale Polityka