Wczoraj było już za późno, żeby napisać, jak mnie rozbawiła wypowiedź posła Ryszarda Kalisza, że jego partia rekomenduje profesora Wojciecha Sadurskiego na urząd rzecznika praw obywatelskich. Są sprawy mało ważne, wręcz błahe, ale które są jednocześnie na tyle charakterystyczne w pewnej konfiguracji personalnej oraz okolicznościach, że nie sposób przejść nad nimi do porządku, jakby wypadało zrobić stosownie do ich błahości.
W obecnej sytuacji politycznej kwestia rozpatrywania poszczególnych kandydatur na RPO jest najbłahsza pod słońcem, gdyż jest to wybór przesądzony: żadna laudacja nie pomoże kandydatowi, którego nie upodoba sobie Donald Tusk. W tym sensie i kontekście nie jest to wybór polityczny w rozumieniu demokratycznego konsensusu, ale kwestia opłacalności politycznej dla jednego, jedynego człowieka, który ma w rękach wszystkie karty. Nie jest to zatem gra różnych sił, jak było do tej pory, lecz pasjans wykładany przez premiera.
W takich kategoriach należy właśnie rozpatrywać wspomnianą rekomendacje Kalisza, która wydaje mi się zabawną, ale nie ze względu na osobę polecaną, lecz na polecającego, a właściwie na ich wzajemną relację światopoglądową, żeby nie powiedzieć ideologiczną. Otóż w mojej prywatnej klasyfikacji profesor Sadurski zajmuje bardzo konsekwentnie pozycję liberalnego liberała – nie będę się wdawał w szczegóły zasad mojego rankingu – powiem tylko dla przykładu, że Tusk uchodzi na tej osobistej liście za liberała farbowanego, z kolei Janusz Korwin-Mikke za liberała jaskiniowego, a istnieje tam również przegródka dla konserwatywnego oraz libertyńskiego liberała i parę jeszcze innych typów.
Jest rzeczą zabawną, że ten właśnie prominentny działacz SLD poleca nam profesora Sadurskiego jako „autora książek o liberalizmie”. W pierwszej chwili, gdy to przeczytałem i uśmiechnąłem się, przyszła mi do głowy refleksja, co mnie właściwie bawi w tej kwestii ? W końcu Kalisz i jego ugrupowanie od dawna pragną uchodzić za liberalnych i to nie tylko w kwestiach obyczajowych, ale również gospodarczych, że przytoczę tutaj przykład liberała totalitarnego, Leszka Millera, który lansował w swoim czasie podatek liniowy, gdyż taka była wówczas mądrość etapu w jego partii.
Zatem trudno się niby dziwić poparciu Kalisza dla liberalnego liberała, jakim niewątpliwie jest Sadurski ( mam wrażenie, że on sam by na takie określenie przystał). Sęk w tym, że Kalisz, którego polityczną drogę życiową prześledziłem trochę w internecie, przyznaje się również do lewicy, a trudno, żeby się nie przyznawał, boć przecież w nazwie partii jest deklaracja ideowa wyszczególniona. Niedawno zresztą słyszałem, jak się rozwodził o swojej lewicowej wrażliwości społecznej, zatem jego lewicowość nie ulega kwestii, przynajmniej w sferze deklaracji.
Piszę o sferze deklaracji, zewsząd bowiem, zarówno z prawa i z lewa, odzywają się z kolei głosy, że partia Kalisza to żadna lewica – więcej nawet, ponoć nic tak nie szkodzi prawdziwej lewicy, jak samo istnienie takiego farbowanego lisa, jakim jest SLD. Zatem już mamy dwóch Kaliszów: jeden lewicowy wrażliwiec i drugi zwolennik liberalizmu.
Jeszcze gdzie indziej z kolei wyczytałem, że nasz delikwent przystał do PZPR w roku 1978, co samo w sobie jest niesłychanie znamienne. Bo to już było dziesięć lat po marcu 1968, podczas którego Polska Zjednoczona Partia Robotnicza przegoniła syjonistów do Syjonu oraz brawurowej inwazji naszego Ludowego Wojska Polskiego na bratnią Czechosłowację. To także dwa lata po nowelizacji ustawy zasadniczej PRL, podczas której wpisano do konstytucji wieczystą przyjaźń ze Związkiem Sowieckim.
Jakby nie licząc, to również dziesięć lat po czasie, w którym wyboru dokonał Bronisław Geremek, opuszczając PZPR, a jak stwierdził wówczas - „nie był to akt polityczny, ale wybór moralny”. W tym sensie i Kalisz dokonał w 1978 roku wyboru moralnego, którego ja nie mam zamiaru tutaj osądzać. Wystrzegając się łatwych sądów trzeba jednak podkreślić, że był to wybór jednoznaczny i niepozostawiający wątpliwości. Powiem tylko, że ten wybór został przez Kalisza konsekwentnie podtrzymany przez uczestnictwo w PZPR, a potem we wszystkich klonach byłej siły przewodniej, jakie się wykluły do tej pory.
Nie ulega też kwestii, że lewicowej wrażliwości było w PZPR tyle, co w stogu siana, a liberalne skrzydło reprezentował tam Mieczysław Rakowski, który całe swoje umiłowanie swobód obywatelskich zużył przy usprawiedliwianiu stanu wojennego. Zatem mamy już trzecią twarz Kalisza, tym razem zdecydowanie totalitarną można by rzec, gdyby to była prawda. Bo przecież totalniactwa w Kaliszu również jest tyle, co kot napłakał.
W tym kontekście wyraźnego koniunkturalizmu delikwenta, jego troska o właściwą osobę na straży praw obywatelskich jest zdecydowanie humorystyczna i przypomina mi pewien wątek z książki Teresy Torańskiej „Oni”. Tamże jest notka biograficzna jednego z komunistycznych kacyków z PZPR, Leona Chajna, który rzucony przez towarzyszy na odcinek kierowania bratnią partią, czyli SD, pozostawał cały czas członkiem partii matki, czyli PZPR. Po tych pluralistycznych doświadczeniach w demokracji partyjnej napisał on pracę doktorską na temat wielopartyjności.
Wesołość ogarnia mnie mianowicie na myśl, że Kalisz również mógłby napisać świetną pracę na temat praw obywatelskich w PRL albo liberalizmu gospodarczego w demokracji ludowej. Jednak, gdy Kalisz na poważnie nam podpowiada, kto by się nadawał na rzecznika praw obywatelskich, to nie wiem, czy Sadurski bardziej się cieszy czy niepokoi.
Wypada mi też w końcu napisać zdanie na temat jego ewentualnej kandydatury, choćby z tego względu, że jej kontekstowi poświęciłem cały post. Według mnie profesor Wojciech Sadurski należy do tych polskich intelektualistów (bez ironii!), którzy nie zmarnują okazji, żeby przyklasnąć opinii Adama Michnika na dowolny temat. I niech już sobie każdy samodzielnie osądzi, czy to jest dobra rekomendacja na RPO.
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80271,7841125,Prof__Wojciech_Sadurski_kandydatem_SLD_na_Rzecznika.html
Inne tematy w dziale Polityka