Chciałbym tu zamieścić swoje przemyślenia, nie łamiąc jednocześnie ciszy wyborczej.
Przypominam - należę do okręgu krakowskiego, choć mieszkam 40 km od Krakowa, na wsi (a studiuję w Krakowie).
Dzisiaj na mszy o 10.00 ksiądz w ogóle nie wspomniał o wyborach (chociaż wszyscy wiedzieli).
A po mszy - ludzie masowo (przynajmniej w moim obwodzie) poszli do urn.
Dlatego frekwencja może być u nas wysoka. Choć od ludzi ze wsi nie ma sensu zbyt wiele wymagać.
Ja, jako tako wyedukowany, musiałem wszystkim wyjaśniać "że na tej białej płachcie to trzeba wybrać 1 kandydata, a na tej żółtej - maksymalnie 4, no jak ktoś chce, to może wybrać 3,2 lub 1". (Jeśli jesteś z innego okręgu niż Kraków, to się tym nie sugeruj).
Brakowało długopisów, trzeba było stać w kolejce "za kotarę" (tzn. do kabiny), gdzie był długopis.
Zdenerwowało mnie tylko jedno - że jeden z kandydatów ma to samo nazwisko co jedynka z innej listy.


Komentarze
Pokaż komentarze