Marek Migalski napisał ostatnio, że aby pozbyć się SLD i PSL (co rzeczywiście jest dobrą rzeczą) należy zmienić ordynację wyborczą na większościową. Chodzi o system dwupartyjny. Rządy miałyby być jakoby lepsze. Oczywiście rację mają ci, którzy nie oczekują po tym zbyt wielkich zmian w pracy parlamentu. To wiąże się chyba najbardziej z faktem, że w obecnej sytuacji społecznej najsilniejsze grupy wpływu i tak mają taki sam punkt widzenia. A w systemie dwupartyjnym prawicowe i lewicowe grupy wpływu muszą mieć w miarę podobną siłę. Co najwyżej te lewicowe mogą być nieco słabsze (jako że ludzie mediów mają poglądy przesunięte nieco na lewo). Z nierównomierności sił grup interesu wynika istota "szukania poparcia" przez najsilniejszą obecnie polską partię.
Jarosław Kaczyński już się zadeklarował jako przeciwnik ordynacji całkowicie większościowej. I rzeczywiście najprawdopodobniej nie zmieni swojego zdania. Najwyżej oddał pole ordynacji mieszanej (na wzór niemiecki) która personalizuje wybór dużo bardziej niż dzisiejsza, ale niewiele zmienia tak naprawdę w kształtowaniu wyników wyborów. Ma tu swoje argumenty. Ten z osłabieniem PiS-u jest rzeczywiście dosyć mocny. Chyba raczej nie chodzi tu o "rozluźnienie struktur partyjnych".
Aby zmienić ordynację na większościową, należy zmienić konstytucję. Ordynacja mieszana raczej tego nie wymaga. STV też. Jeśliby jednak podwyższyć próg wyborczy do 10%, to też nie byłoby to konieczne, a nikt o tym nie mówi. Według sondaży taki próg wystarczyłby, żeby w Polsce w Sejmie znalazły się dwie partie. Proporcjonalność zabezpieczyłaby wagę decyzji społeczeństwa (co nie jest takie pewne w FPTP).
Może nie jest to zły pomysł?


Komentarze
Pokaż komentarze (5)