68 obserwujących
461 notek
343k odsłony
517 odsłon

Ratujmy, co się da

Wykop Skomentuj25

Iza z Adamem przetrwali pierwszy dzień urlopu koło Bolesławca, śpiąc. Ja dojechałam do nich dzień później. Było strasznie zimno, jechałam w zimowej czapce i w szaliku. Prosto ze stacji PKP udałam się do szmateksu po ciepłą bluzę dla siebie i do apteki po tabletki na gardło dla Izy.  Wystartowałam, dla rozgrzewki, ostro. W pędzie minęłam rogatki miasta, a następnie ich kwaterę, i zatrzymałam się w wiosce o położonej wiele wyżej. Kiedy już minęła pierwsza awantura przez telefon, okazało się, że my umawialiśmy się w Dobrej koło Osiecznicy, a nie - jak sądziłam - w Osiecznicy koło Dobrej. Klęłam na niewinną Izę… Byłam 10 km za daleko.

Wreszcie towarzystwo samo wsiadło na rowery i mnie dogoniło. Ale po wyjeździe z parku pałacowego w Kliczkowie w Zuzi przyczepce pękła dętka. Kiedy uporaliśmy się z oponą, zostało nam niewiele czasu na zwiedzanie. O zmierzchu zdążyliśmy jeszcze po drodze zajrzeć do dwóch kościółków. W przeddzień święta Bożego Ciała krzątali się w nich mieszkańcy wsi, sprzątali, ustawiali kwiaty. Można było, co jest niecodzienną okazją, wchodzić i oglądać wnętrza. Zamiatano chodniki. Na dworze wietrzyły się feretrony, a w Tomisławiu starszy człowiek, pochylony, cerował baldachim... Musieliśmy już wracać. Zapadał zmrok, rozpadał się deszcz.
I wtedy zgubiliśmy szczegółową mapę terenu.

Na drugi dzień zepsuł się dyszel od wózka Zuzi, bo zgubiliśmy ważną zakrętkę.

Summa summarum, oba dni spędziliśmy właściwie w parkach. W parku pałacowym, pierwszego dnia, Adam naprawiał dętkę (zrytą przykładnie na wybojach). Na skwerze przy stacji PKP (drugiego dnia) Adam męczył się, dopasowując do dyszla zakrętki zastępcze. Na szczęście tym razem było gorąco. Zuzia biegała za pieskami, Iza biegała za Zuzią, ręczniki suszyły się na ławkach, jedzenie w plastykowych torebkach leżało na trawniku, a jakaś bezczelna wrona zaczęła rozpakowywać naleśniki. Kiedy już wspomniana przyczepka została naprawiona, Adam pojechał za róg i znalazł tę zgubioną gałkę. Wtedy popatrzyliśmy w niebo i ryknęliśmy śmiechem: od zachodu przywlokła się burza.

Po zjedzeniu lodów (druga bezczelna wrona uciekła z rożkiem Zuzi w dziobie) zrobiliśmy rundkę po przedmieściach. W parnym powietrzu, przejechaliśmy przez wilgotny las i szosą wróciliśmy do miasta (pierwszy raz widziałam, żeby przy jednej drodze stały obok siebie tablice obwieszczające koniec dwóch różnych wsi). Na starym cmentarzu miejskim, czynnym do 1951 r., wśród wysokich traw widzieliśmy maleńkie białe krzyże. Na polskich grobach niewprawną, jakby drążcą ręką wypisane litery. Niemieckie miały kamienne płyty, a na nich wyryte sentencje. Na jednej płycie przedwojenna, zatarta rzeźba aniołka, a inna tabliczka głosiła, że tu leży „syn Jadwigi i Eugeniusza z kresów wschodnich”.

W pociągu doszło do zablokowania kabiny WC. Konduktor z kolegą, przy aplauzie licznie zgromadzonych pań, przeprowadzili akcję włamywania się do toalety. Po wypchnięciu drzwi do środka, z wnętrza wyszło jakieś 16-letnie, na oko, nieszczęście (pamiętałam ją z peronu, paliła papierosa), które poprosiło konduktorów o rozmowę. – Pewnie uciekinierka – skwitował Adam. Może skusiło ją to całe Euro we Wrocławiu? Bo wszystko mówiło o meczach. Mijaliśmy same eleganckie składy, biało-żółte szynobusy Kolei Dolnośląskich i czerwone pociągi regio Deutsche Bahn. Stadion błyskał w oddali niebieskimi światłami. Gdzie podziały się rozklekotane, rzucające się na boki składy ETZ, gdzie siedzenia same się składają, a drzwi otwierają podczas jazdy? To wszystko, co tu opisywałam przez 5 lat, widocznie mi się przyśniło!

--

Epilog

Stacja Muchobór Mały przeczy mojej teorii, jakobym kolejowe absurdy wyłącznie wyśniła.
Mało kto wie, że ta stacja w ogóle istnieje. Niektórzy sądzą, że chodzi o Muchobór Wielki ze stacją Wrocław Zachodni. Dotrzeć na tyły obiektów biznesowych należy zakosami, omijając budowę i lokalizując ulicę Traktatową. Kończy się tam ów wielki świat biznesu, a idzie droga typu kocie łby i ginie w krzakach oraz ogródkach działkowych. Szlaban opuszczony na stałe i żeby dojść na peron z rowerem, trzeba przetoczyć go sprytnie po murku o szerokości 50 cm, położonym między jedną szyną a krawędzią obrzydliwego tunelu dla pieszych. Jeśli jeszcze do tego w ostatniej chwili pociąg wjedzie nie na ten tor, należy zasuwać przez torowisko na drugi peron. Ale to widać naprawdę w ostatniej chwili. Szczekaczki nie działają. Jest to teoretycznie stacja na linii ze Zgorzelca (i z Drezna), ale nikt się tym nie przejmuje, bo dalekobieżne tutaj nie stają. Naprawdę, mało kto wie, że ta stacja istnieje...

Wykop Skomentuj25
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Rozmaitości