9 obserwujących
27 notek
48k odsłon
1129 odsłon

„W kieracie ubojni”: raport z trzewi przemysłu mięsnego

Wykop Skomentuj32

„Jedna z osób z Ukrainy przez długi i nienormowany czas pracy nie była w stanie pójść na pocztę, by zarejestrować swój numer telefonu komórkowego, przez co nie miała kontaktu z rodziną od paru tygodni. Pozwoliłam jej zadzwonić z mojego”. Oto warunki panujące w ubojni drobiu, w której zatrudniła się Ilona Rabizo – autorka książki „W kieracie ubojni. Zwierzęta i ludzie w przemyśle mięsnym”, wydanej rok temu przez poznańską Oficynę Trojka. Autorka planowała pracować przez trzy tygodnie, wytrzymała szesnaście dni.


Zanim dotrzemy do relacji z badań terenowych Ilony Rabizo, zapoznamy się z szerszym spojrzeniem na przemysł mięsny. Autorka wskazuje, że w ostatnich kilkudziesięciu latach malał odsetek ubijanych świń i bydła, a wzrastał udział ptaków i potem ryb. Uśmiercanie mniejszych zwierząt łatwiej poddaje się automatyzacji oraz wymaga mniejszej siły, w związku z czym pracę mężczyzn chętnie zastępowano tańszą pracą kobiet. Oszczędzanie na płacach stało się leitmotivem przemysłu mięsnego – na przykład w USA w XX wieku po białych i czarnych Amerykankach na coraz większą skalę zatrudniano imigrantki, uchodźców lub nawet więźniów. 

A było i jest kogo zatrudniać, bo skala zjawiska oszałamia. W tej chwili tylko w jednej z polskich ubojni (szczecińskim Drobimeksie) uśmierca się rocznie ponad 40 milionów kur – to liczba większa niż ludność Polski. Nasz kraj zresztą do dziś jest największym wytwórcą drobiu w Unii Europejskiej. Z kolei w skali świata jedynie trzy największe koncerny (JBS, Brasil Foods, Tyson Foods) zabijały ostatnio 8,4 mld sztuk drobiu na rok – więcej, niż jest ludzi na Ziemi.

*

W książce znajduje się jeszcze wiele danych statystycznych, lecz najbardziej poruszające są opisy realiów ubojni. Zaczynają się od rozdziału, w którym autorka na podstawie literatury przedmiotu ukazuje proces produkcji drobiu. Tak, produkcji, ponieważ „przy obecnej technologii i rozwiązaniach zastosowanych w chowie zwierzęta stają się surowcem, którego parametry można odpowiednio kształtować”. Czytamy więc o tym, że załadunek kurczaków do przewozu odbywa się w niezwykłym tempie, szacowanym na średnio 1550 sztuk na godzinę (czyli jedna na 2,3 sekundy). O tym, jak część ptaków umiera w transporcie ze względu na brak tlenu i wysoką temperaturę. O tym, jak przy rozładunku kurczaki wieszane są głową w dół, po czym oszałamia się je prądem przed maszynowym podrzynaniem gardeł (niestety – zwłaszcza w USA – nie zawsze ogłuszanie to jest skuteczne). I tak dalej, i tak dalej.

Następnie czytamy o ludziach. Najpierw o tych, z którymi Ilona Rabizo rozmawiała jeszcze przed pójściem w teren (to m.in. dwaj więźniowie pracujący w Koziegłowach oraz dwoje imigrantów), a potem o jej towarzysz(k)ach pracy i o samej autorce. Dowiadujemy się, jak fingowane są badania zdrowotne („lekarz wskazał jedynie, gdzie mam podpisać odpowiedni dokument; nie zadał mi żadnych pytań”) i jak w biurze kadr traktuje się zatrudniane osoby (jak anonimowych petentów). Czytamy o braku szkoleń dla początkujących („Gdyby nie obecność innych pracownic i ich pomoc, nie wiedziałabym, co robić”), który w takim miejscu jest wręcz niebezpieczny („Pokazywała kilka razy, jak używać noża, żeby się nie przeciąć, że to jest bardzo ważne, bo potem będzie się długo goić”). I przekonujemy się, że „na hali większość pracowników stanowią migranci z Ukrainy i Mołdawii”.

*

Sposób traktowania przybyszów to odrębny problem. Wiąże się on z utajnianiem wysokości wypłat (zgodnie z informacjami autorki „Ukrainki zarabiają zawsze mniej”), z czasem pracy (Polki od razu wiedzą, kiedy mniej więcej opuszczą stanowiska, imigrantki – nie wiedzą i oczywiście trzymane są dłużej) czy też z podejściem innych kobiet („Ukrainka ośmieliła się jej odpowiedzieć, że nie rozumie po polsku. W odpowiedzi usłyszała, parokrotnie powtórzone: «To po chuj tu przyjechałaś?». Część pracowników swoje frustracje przenosi na osoby będące w jeszcze gorszym położeniu, a nie na tych, co są tego położenia przyczyną”).

Ale Polkom również nie jest łatwo. Podczas pobytu autorki w ubojni przydzielano im dwunastogodzinne zmiany w dzień, a czternastogodzinne – w nocy. Któregoś dnia Ilona Rabizo zapisała w dzienniku: „Nie zrobię śniadania, bo szkoda mi minut. Wolę je zaoszczędzić na sen”. Niezwykle wyczerpujące było też dla niej tempo pracy (jak w notce o wielogodzinnym skórowaniu mięsa: „Mogłam jedynie pomyśleć, czy zdążę wyciągnąć chusteczkę do nosa – na razie mi się to nie udało”). Do tego krzyki nadzorców, ptasie wydzieliny i konieczność pilnowania własnego bezpieczeństwa (skoro to praca, w której łatwo zrobić sobie fizyczną krzywdę). I jeszcze taki fragment, tym bardziej przygnębiający, im dłużej o nim myślę: „[Jedna z pracownic] po czternastu godzinach pracy wróciła do domu i pojechała z dzieckiem do lekarza. Czekając na nie, zasnęła w samochodzie. […] Wiele moich współpracownic miało rodziny, dzieci. Po pracy, w przeciwieństwie do mnie, miały jeszcze obowiązki w domu, jak choćby pomoc przy odrabianiu lekcji”.

Wykop Skomentuj32
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo