Dzieje relatywistycznego złudzenia w jego ponowoczesnej postaci zaczynają się gdzieś w korytarzach i salach wykładowych instytutów socjologii i antropologii kultury całego zachodniego świata. Choć relatywizm głosi się co najmniej od czasów sofistów – to te miazmaty są dziś bez znaczenia. W dużym stopniu początkiem nieszczęścia był za to pomysł rzeszy profesorów nauk o człowieku – różnych Malinowskich i Levi-Strauss’ów – by dla udoskonalenia perspektywy badawczej, a być może i położenia podwalin pod globalny pokój, wyrzec się paternalizmu i poczucia wyższości wobec innych ludów. To spore novum, bowiem dotychczas najbardziej ludobójcze projekty poprawy losu ludzkości rodziły się w głowie filozofów. Tymczasem inicjatorom relatywizmu kulturowego zabrakło właśnie filozoficznego warsztatu, pozwalającego dostrzec absurdalność rozumowania: „Jest wiele kultur, zatem żadna nie ma racji”; absurdalność podobną niedorzecznemu wnioskowaniu: „Zdaniem Maciusia 2+2 to 5. Według Tomeczka – 4( ale może być i 6). Niepodobna więc rozstrzygnąć, jaki jest wynik tego działania”.
Ale dalej poszło już z górki. Europejska inteligencja, urobiona uprzednio należycie przez marksistowską – i nie tylko – socjologię wiedzy, przyswoiła sobie nonsens nadzwyczaj łatwo. Łatwo i – można by rzec – interesownie, bo też koncepcje relatywizmu i tolerancji pozwalały socjalizującemu motłochowi występować chociażby przeciw zimnowojennym zbrojeniem USA z kolejnym doktrynalnym orężem w ręku. Szaraczek wschodzącej dopiero epoki ponowoczesnej też bez trudu „łyknął” nową wiarę: uzasadnia ona wszak lenistwo, cwaniactwo i notoryczne zobojętnienie na los własny i innych, ergo: stanowi miód na zdeprawowaną duszę współczesnego Europejczyka.
Spodziewam się, że w ciągu najbliższych dziesięcioleci statek płynący dotąd beztrosko pod banderą Unii Europejskiej wreszcie zatonie; załoga, utulana do letargicznego snu przez zwodniczy dźwięk fletów lewicowej inteligencji i demagogicznych polityków, ani się spostrzeże, jak okręt – niegdyś imponujący Titanic, dziecko wysiłku umysłowego i fizycznego dziesiątków pokoleń, dziś zaledwie cień dawnej chwały – trafi na swój lodowiec albo zostanie sprawnie przejęty przez obcych piratów metodą abordażu. Bo, a jakże – można sobie radośnie utrzymywać, że kultura, która wynalazła teleskop, jest równa tej, która dała światu li tylko włócznię z bambusa. Tyle że skutkiem tego musi być stopniowe i inicjowane wewnętrznie, bądź raptowne i uwarunkowane zewnętrznie upodobnienie się cywilizacji teleskopu do cywilizacji bambusa.



Komentarze
Pokaż komentarze (5)