0 obserwujących
2 notki
21k odsłon
  8799   1

Nuda za pół miliarda dolarów

Flickr
Flickr
Nowy serial Amazona "Władca Pierścieni: Pierścienie Władzy" to katastrofalne zmarnowanie potencjału tkwiącego w twórczości Tolkiena.


Pisarska spuścizna po J. R. R. Tolkienie od kilku dekad zachwyca miliony czytelników, a od 20 lat dzięki ekranizacjom Petera Jacksona również widzów. Tą samą drogą próbował podążyć Amazon. Jednak zamiast spektakularnego sukcesu na miarę pierwszych sezonów „Gry o tron” jest wielkie rozczarowanie.


I nie chodzi tu wcale o zgodność (a raczej jej całkowity brak) z książkowym pierwowzorem. O tym każdy śledzący kulisy powstawania serialu wiedział od dawna, ba sami producenci i aktorzy dawali po sobie poznać, że nie po drodze im z Tolkienem. Zresztą, twórcy nie mieli praw autorskich do tego, co teoretycznie mieliby sfilmować – „Silmarillionu”, a jedynie to tego co już nakręcił Jackson. Z okruchów i napomknięć o tym, co działo się przed Trzecią Erą postanowili stworzyć własne dzieło. Inspiracje, zapożyczenia, twórcze przetworzenia znanych motywów to  naturalnie rzecz zwyczajna w kulturze i sztuce. Jednak przy tym wszystkim niezbędny jest oryginalny, własny pomysł i sprawna realizacja. Pomimo ogromnego budżetu, obu tych rzeczy w przypadku serialu Amazona zabrakło.


W wyemitowanych do tej pory dwóch odcinkach I sezonu najlepiej wypadają… krajobrazy i muzyka. Głównym autorem tej ostatniej jest Howard Shore, którego kunszt kompozytora współtworzył sukces produkcji Jacksona. Trzeba oddać, że udane są fragmenty historii dziejące się w krasnoludzkiej stolicy – Khazad-dûm. Nie chcąc spoilować pozostanę przy ogólnikach: widać tu solidny pieniądz włożony w cyfrowe stworzenie wnętrz, a królewska para – Durin i Disa wypadają nadspodziewanie dobrze (oczywiście nikt nie podjął się próby wytłumaczenia skąd żyjąca pod ziemią krasnoludzka kobieta ma czarną karnację…).  I to niestety z grubsza wszystko. Reszta sprawia wrażenie przypadkowych scen i migawek z kilku osadzonych w próżni lokalizacji. Przestrzeń nie jest żadnym problemem, można przepłynąć wpław cały ocean lub niczym do sklepu po piwo kopsnąć się na piechotę do krasnoludzkiej siedziby. Widać próbę powtórzenia rodzajów postaci i ich ról: młoda Elanor jest jak Frodo, a jej pulchniejsza koleżanka przywodzi na myśl Sama, międzyrasowa historia miłosna elfa z Brooklynu i niezależnej samotnej matki na rubieży to odległe echo historii Arweny i Aragorna. Przyjaźń Durina z Elrondem kojarzy się z Gimlim i Legolasem.  Najgorzej wypada jednak postać główna i prowadzony przez nią wątek. Galadriela, bo niej mowa, to kolejna odbita na hollywoodzkim powielaczu „postępowa, silna postać kobieca”. Przy czym za najlepszą drogę do ukazania jej siły i mądrości twórcy uznali nadanie jej karykaturalnie przerysowanych męskich cech. W efekcie otrzymujemy zarozumiałe i nieczułe babsko, które ogarnięte chęcią zemsty na zabójcy brata, biega niczym wiedźmin z mieczem na plecach, nie rozmawia a wydaje rozkazy i gotowe jest porzucić członka swego oddziału na pewną śmierć. Próżno szukać u niej rozterek, wątpliwości, prób zjednania sobie sojuszników, Galadriela od początku wie wszystko i wszystko umie, a tylko tępe i zachowawcze (męskie) otoczenie nie ogarnia słuszności jej sądów i przewidywań, to jej wewnętrzne przeczucie ma być jedynym prawdziwym (i zapewne tak będzie), a cały świat się myli.


W serialu pojawiają się nieliczne sceny walki, z czego raz są one komicznie przerysowane niczym z japońskiej mangi (walka z lodowym trollem), innym razem zaskakują dosłownością niczym z filmu grozy (podkopujące się pod wiejskie chałupy orki). Po dwóch godzinnych odcinkach żaden z czterech zaproponowanych przez twórców wątków nie uległ rozwinięciu,  nadal pozostając w fazie wstępnej. Dialogi są puste i niewiele wnoszą, stroje to bardziej rekwizyty z teatru telewizji niż kostiumy z najdroższego serialu świata. Naturalnie całe Śródziemie przypomina nowojorską ulicę i nawet w najbardziej zapadłych wioskach północy obok siebie mamy białych i czarnych mieszkańców (o dziwo nie pojawia się ani jedna osoba pochodzenia azjatyckiego!). Jest pusto i nudno. Oglądamy kolejne uniwersum fantasy jak z automatycznego generatora – adresowane „do wszystkich” (czyli do nikogo), bez oryginalnych pomysłów, klimatu, bez ambicji wyróżnienia się.


Mówi się, że stojąc na barkach olbrzymów widać więcej. Newtonowski bon mot celnie ilustruje fakt, że wykorzystanie dorobku przeszłych pokoleń pozwala sięgnąć dalej. Dziś można odnieść wrażenie, że wielu twórców i producentów chce przede wszystkim roztrzaskać olbrzyma o imieniu „dziedzictwo”, aby znikł punkt odniesienia do ich własnych skarlałych i niewytrzymujących porównania produktów. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że kolejne porażki finansowe dadzą producentom do myślenia i wymuszą oddanie pola prawdziwym twórcom.

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura